Cześć!
Pomyślałam, że na sam początek dam coś "luźniejszego", co nie jest poezją ani głębokim dramatem. Nie chciałabym z góry wyskakiwać w jakimś patetycznym klimacie, byście przypadkiem nie pomyśleli, że jestem zakochanym w sobie czytelnikiem literatury wysokiej. Nie, prawda przedstawia się zgoła inaczej, a brzmi tak, że większość utworów, o których będę pisać, przeczytałam w szkole, bo tego wymagał program. Nie jest to być może zbyt chlubna rzecz, ponieważ ładniej brzmiałoby, że uwielbiam poezję i czytam ją na okrągło... A jednak wolę być szczera i nawet cieszę się, że to właśnie szkoła obudziła moją pasję do literatury.
Póki co, ze względu na niewystarczającą ilość wolnego czasu, jedyne poważne dzieła literackie, jakie czytam, to te, które poznaję w szkole, bo tylko ona motywuje mnie do przebrnięcia przez tak poważne rzeczy. Brzmi okropnie? Ale nie jestem wyjątkiem. Wiem, że mój pierwszy wpis mógł zabrzmieć (a właściwie, jak tak go teraz czytam, to rzeczywiście zabrzmiał) tak, jakbym była bezgranicznie zakochana w literaturze. I jestem. Z tym, że ta miłość jest skomplikowana.
Jako młody człowiek mam opory przed sięganiem po ambitne dzieła - nie dlatego, że uważam je za nudne. Raczej obawiam się, że nie pojmę ich głębi, dostrzegę tylko ten powierzchowny sens i zrażę się raz na zawsze. Nie mieliście tak kiedyś, że pragnęliście móc coś obejrzeć/przeczytać/zobaczyć ponownie po raz pierwszy? Stąd wynika mój strach. Przeczytam poważną książkę, nie zrozumiem jej głębi, stwierdzę, że nie widzę w niej nic wyjątkowego i pierwsze wrażenie już na zawsze utkwi w mojej głowie. Nawet jeżeli za jakiś czas ktoś do mnie podejdzie i powie: "Chwileczkę, ale nie zauważyłaś, że ten utwór posiada głębsze znaczenie? Pokażę ci." - to powtórny odbiór nie będzie już ten sam. Wolę więc uważać.
Ale szkoła, chcąc nie chcąc, zmusza nas do czytania. Trzeba poznać książkę, żeby zaliczyć sprawdzian. Brutalna metoda, ale - o dziwo - w moim przypadku jak najbardziej skuteczna. Kiedy sięgałam po "Quo vadis", o mało nie rozpłakałam się na widok tak grubej powieści. (Wyjaśnienie: książki kocham czytać od dziecka, ale rozumiecie, taka klasyka w wieku 13 lat wprawiała mnie w "lekkie" przerażenie...). I faktycznie, przebrnąć przez opisy Henryka Sienkiewicza graniczyło dla mnie z wytrwałością godną żołnierza zamiatającego schody pod górę. A jednak się udało. Wiecie jak?
Wciągnęła mnie ta historia. Autentycznie wchłonęła całą sobą. W trakcie czytania opisów łapałam się na tym, że nie myślę o tym, jakie są nudne, ale poganiałam samą siebie, by wreszcie dowiedzieć się, co wydarzy się dalej. Czy Winicjusz skrzywdzi Ligię, czy jego miłość do niej sprawi, że przejdzie metamorfozę? Kiedy spłonie Rzym? Co będzie z Chilonem i Glaukusem?
Wątków było tyle, że nie wiedziałam, na którym skupić swoją uwagę. I zanim się obejrzałam, przewracałam już ostatnią stronę, na której znajdowały się znane słowa: "Quo vadis, Domine?" ("Dokąd zmierzasz, Panie?"). Byłam w szoku, popłakałam się dwa razy i nie mogłam pojąć, jakim cudem człowiek napisał coś tak pięknego.
Teraz już wiecie, że "Quo vadis" plasuje się na pierwszym miejscu w moim rankingu najlepszych polskich utworów klasycznych. Korzystając z okazji, polecam tę książkę wszystkim bardzo cieplutko, ponieważ to ona zachęciła mnie do tego, by nie poddawać się w czytaniu tylko dlatego, że to lektura szkolna i z założenia powinna być nudna.
A jeśli nie macie ochoty jej czytać (co oczywiście rozumiem), zachęcam Was do zapoznania się z tematem samego wątku Chilona i Glaukusa, bo to jedna z piękniejszych historii, o jakich słyszałam. Pełno w niej bólu, zdrady, ale i przebaczenia oraz miłości. To nie para homoseksualistów, żeby rozwiać wątpliwości, ale dwoje ludzi, których drogi skrzyżowały się tyle razy, że nie może być mowy o przypadku. Esencja wartości chrześcijańskich.
To właśnie od tej lektury rozpoczęła się moja przygoda z literaturą klasyczną. Znów przyznaję, że każdą kolejną książkę przeczytałam dlatego, że musieliśmy omówić ją na lekcji, ale nigdy nie żałowałam poświęconego na nią czasu. Zawsze byłam wręcz zadowolona z tego, że się z nią zetknęłam, nawet jeśli mi się nie spodobała, ponieważ takie czytanie zawsze poszerza nasze horyzonty. Mam nadzieję, że kiedyś będę na tyle odważna, by zacząć czytać coś sama z siebie, bez dodatkowej motywacji i przysłowiowego "bata nad głową".
Czasem sobie myślę, że to bardzo przykre, że dzisiaj młodzież czyta takie "Quo vadis", bo musi, ale nie rozumie z tego nic, dopóki nauczyciel nie rozbierze tej historii na czynniki pierwsze. Wydaje mi się, że w okresie ostatnich wieków, gdy nasz język znacznie uległ zmianie (zarówno ten wzorcowy, jak i potoczny), szkoła nie pomyślała, by nauczyć nas rozumieć te utwory oczami ich autorów; zamiast tego "klepie z pamięci" formułkę interpretacyjną, z której później rozliczają nas na sprawdzianach i na maturze. Gdybyśmy rozumieli tamte lata, pamiętali, że słowa zawarte w każdej książce oddają ducha opisywanych w niej czasów, znacznie łatwiej byłoby nam przyswajać wszystkie lektury. I wtedy czytanie nie wymagałoby odrębnej interpretacji, ponieważ ta sama nasuwałaby nam się w trakcie lektury. Brzmi wspaniale, prawda?
Biorę poprawkę na to, że łatwo się mówi o wadach systemu, podczas gdy znacznie trudniej je wyeliminować. Ale ja w ogóle staram się wystrzegać słowa "system". Unikam większości tego, co systemowe - w zakresie moich możliwości, oczywiście. Nie rzucę szkoły, ponieważ uważam, że jest ona potrzebna, ale staram się nie zatracić swojej indywidualności. Praktycznie na okrągło mam tak, że moja interpretacja nie pokrywa się z tą nauczyciela, a określanie funkcji danych środków w zdaniu sprawia mi wiele trudności. Prawdopodobnie dlatego, że wychodzę z założenia, iż literaturę trzeba czuć, nie sucho analizować.
Ale o systemie szkolnictwa i moich spostrzeżeniach kiedy indziej. Dziś chciałam tylko wprowadzić Was w mój świat, byście wiedzieli, że sympatia do polskiej literatury (i innych dziedzin) nie czyni nikogo lepszym od tych, którzy się nią nie interesują. W zasadzie ja, z moją znajomością niewielkiej ilości utworów, czuję się bardzo malutka... Jednak mogę Was zachęcić do czytania. Racjonalna recenzja nie przemawia do mnie tak bardzo jak emocjonalna, która jest szczera i prawdziwa. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że pisanie o "Quo vadis" wywołuje moją ekscytację nawet po tych kilku latach...
Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Życzę Wam miłego dnia! 😉
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz