Witam Was serdecznie!
Tytuł mówi sam za siebie. Kwartał temu czytałam "Potop" jako osobną lekturę, z pominięciem tomu pierwszego i trzeciego (choć oczywiście w przyszłości mam w planach uzupełnić te luki) i mam wielką, naprawdę wielką chęć podzielenia się z Wami swoimi uczuciami oraz przemyśleniami na temat tej lektury.
(Drobne wtrącenie: używam słowa "lektura" jako synonim "książki", żeby się nie powtarzać - nie dlatego, że wszystkie przeczytane utwory traktuję jako obowiązek. Już dawno przestałam tak patrzeć na treści omawiane w szkole. Więc życzę miłego czytania!)
Spróbuję nieco niestandardowo, omijając tymczasowo najważniejszą postać (mężczyznę o synonimach A.K.) i zacznę od nieco innej strony.
Po pierwsze - "Potop" jako powieść historyczna. Co sądzę o tym gatunku?
Szczerze? Uważam, że jest genialny! Nie ma nic lepszego niż wydarzenia historyczne w tle zajmującego wątku literackiego. Do mnie przemawia to od razu i w stu procentach, ponieważ to jest jak nauka historii poprzez ciekawostki. Dzięki tej książce już zawsze będę pamiętać, że potop szwedzki był w latach 1655-1660, za czasów panowania Jana Kazimierza, w okresie rozwiniętej kultury sarmackiej. Teraz wiem, że ówczesnym władcą szwedzkim był Karol X Gustaw, wiem jak oblężenie klasztoru jasnogórskiego wpłynęło na ludność polską oraz czym tak naprawdę był powszechnie znany ród Radziwiłłów. To jak niedobre lekarstwo zamknięte w pysznym, miętowym cukierku!
Jeżeli lubicie książki z wydarzeniami historycznymi w tle, serdecznie polecam Wam jeszcze "Złodziejkę książek" Markusa Zusaka i "Rękę Fatimy" Ildefonso Falconesa (tej akurat jeszcze nie czytałam, ale cierpliwie czeka na swoją kolej w mojej biblioteczce).
Przechodzimy do postaci.
Jan Kazimierz
W utworze przedstawiony jako miłościwy, wyrozumiały, dobry, uczynny i pragnący dobra swojego ludu król. Nie znam się zbyt dobrze na historii, nie potrafię ocenić, jak wiele taki obraz władcy ma wspólnego z prawdą, ale do mnie to całkowicie przemawia. Jeśli chociaż połowa jego dobroci opisanej w powieści naprawdę siedziała w jego duszy, to myślę sobie, że być może był taki okres, kiedy Polacy byli w stanie wybrać naprawdę dobrego króla nie tylko dla siebie, ale dla całego narodu. To daje mi nadzieję, że w okresie niechlubnego liberum veto, wolnej elekcji i uprzywilejowanej szlachty sarmackiej byli ludzie, którzy wiedzieli, w jaką stronę podążać, by iść ku lepszemu.
Co do samej postaci - urzekła mnie do głębi, ale podejrzewam, że taki był zamysł autora i nie jestem pewna, czy jest ktoś, komu by się ona nie spodobała. Jan Kazimierz jest przykładem pobożnego, skromnego i dobrodusznego człowieka, który patrzy na dobro swoich poddanych i pragnie dla nich tego, co najlepsze. Fakt, że zaraz po najeździe Szwedów emigruje na Śląsk, troszkę zachwiał moją opinią na jego temat, jednak wydaje mi się, że król ma obok siebie tylu doradców i pomocników, że w dużej mierze to oni przekonali go do schronienia się na okres najazdu wroga. Dodatkowo uważam, że trzeba dać człowiekowi drugą szansę, a Jan Kazimierz wykorzystał ją całym sobą - powrócił, zebrał najzdolniejszych dowódców oraz armię i rozpoczął walkę z wrogiem, świecąc przykładem, dobrocią i niezłomną wiarą.
Pamiętam scenę opisywaną z perspektywy Kmicica, gdy ten po raz pierwszy dostrzegł króla na własne oczy. Opisał jego postawę w tak emocjonalny sposób, że sama poczułam się przytłoczona, widząc, że jeden człowiek nosi na swoich barkach tak ogromny ciężar:
"Pan Andrzej ujrzał twarz wymizerowaną, żółtą i przezroczystą jak wosk kościelny. Oczy królewskie były wilgotne, a powieki zaczerwienione. Rzekłbyś, całe losy kraju odbiły się na tej szlachetnej twarzy, tyle w niej było bólu, cierpienia, troski. Noce bezsenne, rozdzielane między modlitwę a zmartwienie, zawody okrutne, tułactwo, opuszczenie, upokorzony majestat tego syna, wnuka i prawnuka potężnych królów, gorycz, którą tak obficie napawali go właśni poddani, niewdzięczność kraju, dla którego gotów był krew i życie poświęcić, wszystko to można było jak w księdze w tym obliczu wyczytać. A jednak biła z niego nie tylko rezygnacja zdobyta przez wiarę i modlitwę, nie tylko majestat króla i bożego pomazańca, ale taka dobroć wielka, niewyczerpana, iż widać było, że dość będzie największym odstępcom, najbardziej winnym wyciągnąć tylko ręce do tego ojca, a ten ojciec przyjmie, przebaczy i krzywd własnych zapomni."
A ten moment, gdy wysłuchał historii Babinicza, wszystkich jego grzechów i błędów... nie sposób opisać, jak się wtedy czułam. Mogłam sobie tylko wyobrażać, jak trudno musiało się królowi słuchać o tym, jak to inny człowiek przeciwko niemu wojował i jak wielkim zdrajcą się okazał... A jednak król mu wybaczył. Wybaczył mu szczerze i bez wahania, a na dodatek cenił go później tak bardzo, że moje serce rozsadzała radość, ból, niedowierzanie, wzruszenie i wszystko inne naraz.
" - Wszystko ci przebaczam! — krzyknął król — bo cię obłąkali; aleś im wypłacił! Jeden Kmicic mógł się na to zdobyć, nikt więcej. Wszystko ci za to przebaczam i z serca odpuszczam (...)"
Czy to nie jest piękne?
Piękniejszy był tylko list od Jana Kazimierza, który w ostatnim rozdziale ksiądz przeczytał w kościele przed wszystkimi zebranymi. Pomyślmy tylko: król, który właśnie zaczął wygrywać najważniejszą wojnę w swoim życiu, musi organizować wojska, nadzorować prace, naradzać się z dowódcami i wypełniać tyle innych powinności... A jednak pamiętał o Kmicicu, jednym ze szlachciców, o swojej obietnicy odpuszczenia mu wszystkich win i oczyszczenia jego nazwiska. Pamiętał o danym mu słowie mimo takiego natłoku obowiązków! I co tu dużo kryć - ostatni rozdział wycisnął ze mnie tyle łez, że tego nie sposób opisać. Takie postacie w dzisiejszym świecie to już tylko jednostki, które w stosunku do siedmiu miliardów liczą może kilka tysięcy... Ale jednak są, istnieją i ta historia o tym przypomina.
A jakie ciekawe spekulacje budzi myśl o tym, co by było, gdyby każdy król Rzeczypospolitej miał taki pogląd na swoje obowiązki jak Jan Kazimierz...?
Postać króla reprezentuje nie tylko władcę, ale i człowieka, którego - uważam - warto w życiu naśladować. Szerzenie dobroci, łaski i przebaczenia w świecie przepełnionym zdrajcami jest największym wyrazem siły, z jakim się do tej pory spotkałam.
Stefan Czarniecki
Postać legendarna, znana, poważana. Jego zasługi w książce nie są wymysłem autora - to poniekąd oczywiste, skoro jego nazwisko widnieje w naszym hymnie narodowym. I rzeczywiście: nie znam się na strategii wojskowej, ale poznałam różne opinie i wszystkie są zgodne, że Stefan Czarniecki to jeden z najwybitniejszych dowódców w całej historii Rzeczypospolitej (o ile nie najwybitniejszy). Czytając jego przemyślenia i analizując tok jego rozumowania oraz obraz prowadzonych przez niego dywersji dosłownie nie mogłam wyjść z podziwu, jakim cudem człowiek posiada tak wnikliwy umysł... Zupełnie niczym detektyw Poirot, tyle że na płaszczyźnie wojskowej.
A nie wszyscy wiedzą - co w "Potopie" jest wspomniane - że Czarniecki nie był jednym z najbliższych dowódców Jana Kazimierza, któremu ten, w wyniku najazdu szwedów, powierzył dowództwo nad swoimi oddziałami. W skrócie prawda była taka, że to Jan Kazimierz dostrzegł ogromny potencjał w jego charakterze, choć wielu ludzi nie widziało w nim niczego niezwykłego, i powierzył mu swoje wojska. Konsekwencje tej genialnej, podsuniętej przez intuicję decyzji są nam wszystkim znane.
Jeśli wierzyć przekazowi, a nie mam podstaw, by tego nie robić, Stefan Czarniecki prezentował swoje umiejętności nie tylko w polu walki, ale i na co dzień. Pod pewnymi względami był przeciwieństwem Jana Kazimierza - opanowany, skryty, zdystansowany. A jednak wywoływał respekt większy niż niejeden magnat o liczniejszych tytułach, choć wcale o to nie zabiegał (a bardzo cenię w ludziach te cechę, ponieważ jest ogromnie rzadka). Budził bezgraniczną lojalność, bowiem sam był jej świetnym przykładem oraz nie ulegał obcym wpływom, jednocześnie troszcząc się o swoich żołnierzy.
Jego postać jest dla mnie szczególna, bo cechy jego charakteru są czymś, co zawsze w życiu ceniłam. Jako dowódca musiał budzić respekt, był więc surowy, nieugięty, charyzmatyczny i zdystansowany wobec innych. Taka postawa jest właśnie odpowiednia dla dowódcy wojskowego, ponieważ obrazuje ludzką siłę, opanowanie i ogromną inteligencję. Zawsze jednak pamiętał o swoich ludziach, pochwalił, gdy żołnierz rzeczywiście na to zapracował i nie pozwolił, by bezustanna walka zatraciła w nim jego własne człowieczeństwo.
Takim ludziom się nie dziękuje. To za mało. Takim ludziom okazuje się szacunek. Wobec nich oraz tego, co stworzyli. A stworzyli prawdziwą Polskę. I to powinno nam dać do myślenia...
Pan Zagłoba
To postać zupełnie innego charakteru niż dwie poprzednie. To typowy szlachcic sarmacki, który z tłumu wyróżniał się tym, że poza chwaleniem własnej inteligencji rzeczywiście ją posiadał. Miał wiele próżnych cech, lubił podkreślać swoją niezawodność i wspominać o własnych doświadczeniach. Postać momentami komiczna, ale z pewnością warta zapamiętania.
Jego spryt widzieliśmy w sposobie, w jaki uwolnił siebie i przyjaciół z powozu prowadzonego przez Rocha Kowalskiego. Jego ojcowską miłość widzieliśmy w późniejszych słowach kierowanych właśnie do Rocha oraz w rozpaczy po jego śmierci. Jego inteligencja ukazała nam się w momencie rozmowy z Lubomirskim, a pycha była widoczna... cóż, prawie zawsze.
Rzeklibyśmy - typowy sarmata. I prawda, posiadał wiele takich cech. A jednak nie ma na świecie osoby, od której nie moglibyśmy się czegoś nauczyć - i pan Zagłoba nie jest wyjątkiem.
Pan Wołodyjowski
Wzór rycerza. Cóż innego można by rzec? Honorowy, bezgranicznie lojalny, mądry i wyrozumiały (szczególnie w momencie, gdy postanowił dać Kmicicowi drugą szansę i przekazał mu list zapowiedni od wojewody wileńskiego, Janusza Radziwiłła), a także uzdolniony w walce jak nikt inny. Miał tylko jedną "wadę" - kochliwy był okrutnie! Czy on naprawdę myślał, że uratowanie życia Oleńce wystarczy, by ta chciała za niego wyjść?
Choć teraz, gdy rozbieram to na kawałki, myślę sobie, że pewnie tak to wtedy działało...
Najbardziej ujął mnie swoją mądrością. Po odrzuceniu oświadczyn nie miał żadnych pretensji do Oleńki, przekazał Kmicicowi list zapowiedni, tym samym dając mu drugą szansę, a po nawróceniu się "Jędrusia" walczył wraz z nim w jednym szeregu jak z równym sobie, nie pozwalając, by błędy przeszłości zaburzyły mu obraz prawego człowieka. Uważam, że trzeba mieć w sobie mądrość znacznie większą niż ta, którą wyczytujemy z książek. Z takim charakterem trzeba się po prostu urodzić.
I oczywiście słynna walka Wołodyjowskiego z Kmicicem:
"Ten zaś [Wołodyjowski] bawił się okrutnie, jak kot z myszą — i pozornie coraz niedbalej robił szablą. Lewą rękę wysunął zza pleców i wsunął w kieszeń hajdawerów. Kmicic pienił się, rzęził, na koniec chrapliwe słowa wyszły mu z gardzieli przez zaciśnięte usta:
— Kończ… waść!… wstydu… oszczędź!…
— Dobrze! — rzekł Wołodyjowski.
Dał się słyszeć świst krótki, straszny, potem stłumiony krzyk… jednocześnie Kmicic rozłożył ręce, szabla wypadła mu z nich na ziemię… i runął twarzą do nóg pułkownika…
— Żyje! — rzekł Wołodyjowski — nie padł na wznak!
I zagiąwszy połę Kmicicowego żupana, począł nią ocierać szablę.
Zawrzasła szlachta jednym głosem, w tych zaś krzykach brzmiało coraz wyraźniej:
— Dobić zdrajcę… Dobić!… Rozsiekać!
I kilku Butrymów biegło z dobytymi szablami. Nagle stało się coś dziwnego; oto, rzekłbyś: mały pan Wołodyjowski urósł w oczach — szabla najbliższego Butryma wyleciała mu z ręki śladem Kmicicowej, jakby ją wicher porwał — pan Wołodyjowski zaś krzyknął z iskrzącymi oczyma:
— Wara!… wara!… Teraz on mój, nie wasz!… Precz!…
Umilkli wszyscy, bojąc się gniewu męża, on zaś rzekł:
— Nie potrzeba mi tu jatek!… Waszmościowie, szlachtą będąc, powinniście rozumieć kawalerski obyczaj, aby rannego nie dobijać. Nieprzyjacielowi nawet tego się nie czyni, a cóż dopiero przeciwnikowi w pojedynku zwyciężonemu."
Honorowy do samego końca - mimo nie tak trudnego zwycięstwa, nie pozwolił, by rozjuszona szlachta rzuciła się na Kmicica. Rannego się nie dobija, bez względu na okoliczności czy prywatne zatargi. Myślę, że ta scena oraz jego dalszy stosunek wobec Kmicica najlepiej oddają najdzwyczajność jego charakteru.
Ksiądz Kordecki
Przeor klasztoru jasnogórskiego. Nie chciałabym tutaj zahaczać o moje poglądy religijne, więc powiem tylko, że świat byłby piękniejszy, gdyby w każdym kościele znajdował się choć jeden taki ksiądz Kordecki. Jak ja go ciepło wspominam!
Pamiętam jego wręcz ojcowski stosunek do Kmicica w czasie obrony Jasnej Góry. Nie wypominał mu grzechów przeszłości, a radował się jego nawróceniem. Pozostał niezłomny w wierze, kiedy inni zwątpili i zaczęli panikować, że wróg wysadzi klasztor w powietrze... Kiedy inni walczyli, on zdzierał sobie kolana w czasie gorliwej modlitwy, dbał o posiłki dla wszystkich walczących, niejednokrotnie samemu będąc głodnym, oraz zwalniał ze służby tych najdzielniejszych, by i oni zaznali odrobinę snu.
Jak dla mnie to wyjątkowa postać, szczególnie dlatego, że jednak odnosi się do uczuć religijnych - które dla mnie są ważnym tematem - i przemawia do mnie w stu procentach. Ta postać jest świadectwem tego, jak wiele człowiek może zdziałać, nawet jeśli nie ma w sobie krzepy wojownika czy pięknej mowy wytrawnego dyplomaty. Każdy z nas jest sobą i wystarczy chęć i wiara, by działać wielkie rzeczy - cała prawda o ludzkim życiu... A my tak usilnie staramy się udowadniać, że możemy być wielcy niczym znane legendy... Tylko że nie o to tutaj chodzi.
Jak powiedział mistrz Shifu z filmu pt. "Kung Fu Panda 2" do swojego ucznia:
"Nie próbuję z ciebie robić siebie. Chciałbym raczej z ciebie - zrobić ciebie."
Janusz i Bogusław Radziwiłłowie
Opisując tylko pozytywne postaci, nie oddałabym szacunku wobec całej powieści. Poza tym uważam, że kontrast zawsze jest potrzebny, byśmy docenili to, co dobre. Oczywiście nie żywię żadnych pozytywnych uczuć do - jak określa to powieść - "zdrajców narodu", ponieważ zamiast walczyć o kraj, w którym ich ród był jednak ważny i poważany, oni woleli przedłożyć swoje potrzeby materialne nad moralne obowiązki. Można by w skrócie rzec, że dobro zawsze zwycięża ze złem i tak właśnie kończą zdrajcy (jeden odszedł z tego świata, drugi trafił do niewoli), ale to jednak spłycanie tematu. Radziwiłłowie byli z pewnością negatywnymi postaciami, ale nie oni jedyni dopuszczali się złych uczynków.
Magnateria poddała się niemalże od razu. Kmicic do czasu usłyszenia prawdy od Bogusława naiwnie wypełniał rozkazy Janusza Radziwiłła. Krzysztof Opaliński podżegał naród przeciwko królowi... Każda wina z osobna wydaje się być olbrzymia i uważam, że nie powinniśmy o tym zapominać, bowiem - owszem, w zestawieniu ze zdradą Radziwiłłów takie grzechy wydają się znacznie mniejsze - jednak każdy zły uczynek ma swoją wagę i nie należy go w ten sposób usprawiedliwiać. Cieszę się jednak, że historia pokazała, jak kończą ci, którzy stawiają pragnienia materialne ponad ludzkie morale.
I tacy bohaterowie są potrzebni, byśmy pojęli istotę prawidłowego postępowania. Mam tylko nadzieję, że nie będziemy żadnym z nich.
Oleńka Billewiczówna
Jak dla mnie - wzór kobiety, z pewnymi nagięciami oczywiście. Ale za co ją tak bardzo poważam?
Jest chłodna, opanowana i silna w razie potrzeby.
Charyzmatyczna, wywołująca respekt i podziw zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn.
Religijna i wierna swoim zasadom.
Mimo różnicy w sile fizycznej nigdy nie pozwoliła, by jakiś mężczyzna miał nad nią władzę.
Nie uległa zalotom Bogusława mimo faktu, że była samotna, niezamężna, "porzucona" przez Kmicica.
I przede wszystkim: mimo swojego chłodu i dystansu, pokochała Kmicica całą sobą, bezgranicznie.
Zdrada Kmicica zabolała ją okrutnie (choć został on zmuszony do lojalności podstępem), mimo to nie przestawała o nim myśleć. I choiaż w pewnej chwili prawie zaczęła go nienawidzić, potrafiła przyjąć go do siebie, gdy był ranny oraz zapewnić mu opiekę. Przyznała się do błędu, gdy ksiądz w czasie mszy w kościele odczytał list oczyszczający Kmicica z jego grzechów. Ich relacja nie była łatwa, a jednak ona trwała przy nim w myślach, nie potrafiła go opuścić.
Jednak ta charyzma, która od niej biła... Nie mam tego w sobie, chyba nawet to do mnie nie pasuje, ale jednak bardzo to szanuję i wręcz chciałabym kiedyś posiąść podobną klasę. Obawiam się jednak, że z tym trzeba się urodzić.
Podziwiam ją za charakter, choć sama prawdopodobnie wolałabym być wojownikiem niż kulturalną panną, chronioną przed każdym zagrożeniem. Ale to już indywidualna kwestia.
I to jest ten moment, w którym przechodzimy do kluczowej postaci...
Andrzej Kmicic
Szlachcic tak energiczny, prawdomówny i typowo sarmacki, że wprost nie da się go nie lubić. Choć przedstawiony jest jako zbój wraz z grupą towarzyszących mu przestępców, to pierwszą scenę, w której występuje, Sienkiewicz opisuje bardzo pozytywnie, jakby chcąc, by czytelnik dostrzegł dwubiegunowość jego charakteru. Kmicic przybywa do Oleńki i choć od samego początku jest nią urzeczony, nie jest to typ cichego mężczyzny, który staje się poddenerwowany w obecności onieśmielającej kobiety. Nie, swoją energiczną osobowością to właśnie on onieśmiela Oleńkę. Dużo mówi, nie ukrywa swoich uczuć i jest bardzo śmiały w tak pozytywny sposób, że uśmiechałam się szeroko, czytając pierwsze rozdziały.
Nawet później, zamieszany w zdradę wojewody wileńskiego, Sienkiewicz umiejętnie pokierował zdarzeniami, by, broń Boże, Kmicic nie został odebrany jako zdrajca narodu, którego winy są równie duże co Radziwiłłów. Nie, autor ukazał jego cechę dziecięcej naiwności i intrygę Janusza Radziwiłła, jakoby chciał on wzmocnić Rzeczpospolitą przez obecność wojsk szwedzkich, a potem się od nich uwolnić.
Osobiście uważam, że można mówić o bitwie Kmicica z Wołodyjowskim i spółką (wtedy, gdy prawie "Jędrusia" rozstrzelali), ale jedyna osoba, która przedstawiała go bardzo krytycznie, była Oleńka - na co i tak miała wpływ sfera emocjonalna. Bogusława Radziwiłła nie liczę, ponieważ ten często kłamał na temat Kmicica, byleby tylko bardziej go pogrążyć. Ale nawet Wołodyjowski z Zagłobą wierzyli, że Andrzej Kmicic to dobry szlachcic, który zwyczajnie nie potrafi dostrzec prawdy na temat pana wojewody wileńskiego, któremu służy. Po prostu miał w sobie to coś, że nie dało się o nim myśleć źle.
A szczególnie rozbroiła mnie jego relacja z księdzem Kordeckim. Nie dość, że przeor uczciwie go wyspowiadał, dochował tajemnicy na temat jego tożsamości, to jeszcze miał do niego swego rodzaju słabość w czasie obrony Jasnej Góry. Byli niemalże jak ojciec i syn. Kmicic, choć większy i silniejszy od księdza, traktował go z dużym szacunkiem, ale i sympatią, która rozbrajała mnie od środka. Co innego mieć kompanów, którzy oddadzą za Was życie, a co innego człowieka, który kocha, wspiera i jest silną opoką.
Jego oddanie wobec króla było ogromnie ujmujące - także dlatego, że odnosiłam wrażenie, jakoby Kmicic był bardziej emocjonalny od każdego szlachcica w tej powieści. Szczerze wyrażał swoje uczucia, mówił to, co myśli i jeśli kogoś szanował, zawsze był prawdomówny.
Można mówić o nim dużo złego i dużo dobrego, ale jest jeden fragment powieści, który bez słów opisuje głęboko ukrytą duszę Kmicica i każda wzmianka o nim wręcz porusza moje serce. A mam na myśli scenę, w której Andrzej Kmicic klęka przed Bogusławem, by ten zgodził się uwolnić i oddać mu jego wachmistrza, Sorokę.
To jest scena wprost nie do opisania. Czytając ją, miałam łzy w oczach i pamiętam, że musiałam na chwilę odłożyć książkę, żeby dojść do siebie.
"— Błagam waszą książęcą mość! Za tego człowieka ja…
— Co ty?— Zemsty poniecham."
"— Jeżeli wasza książęca mość tego starego żołnierza mi wypuści… to… ja… waszej książęcej mości… paść do… nóg… gotów…
Zadowolenie błysnęło w Bogusławowych oczach. Wroga upokorzył, dumny kark zgiął. Lepszego pokarmu nie mógł dać zemście i nienawiści.
Kmicic stał zaś przed nim z włosem zjeżonym w czuprynie, dygocący na całym ciele. Twarz jego, nawet w spokoju do głowy jastrzębiej podobna, przypominała tym bardziej drapieżnego i rozwścieczonego ptaka. Nie zgadłeś, czy za chwilę rzuci się do nóg, czy do piersi książęcej…"
Kmicic, dumny, silny, ale przede wszystkim nawrócony szlachcic jest tak bezgranicznie wierny swojemu wachmistrzowi, że jest gotów schować dumę do kieszeni i klęknąć przed najgorszym wrogiem, byleby tylko go uwolnić. Mimo że to on zawsze wydawał rozkazy Soroce, to jednak doceniał jego oddanie i lojalność, pamiętał o wszystkim, co przyjaciel dla niego zrobił i nie powstrzymała go nawet własna duma (dla sarmaty jakże bardzo ważna). To był test od Boga, który chciał sprawdzić, czy ten nowy Kmicic - czy też Babinicz - naprawdę się nawrócił i rzeczywiście wyznaje wartości chrześcijańskie. A Kmicic pokazał się od takiej strony, że długo nie mogłam przestać płakać.
To naprawdę piękna postać. Pokazana zarówno z tej złej, jak i dobrej strony. Symbolizuje omylność człowieka i jego nieprześcignioną determinację w podnoszeniu się z ziemi. Obrazuje, w jaki sposób prawdziwa wiara kieruje człowiekiem i jak raz nawrócony człowiek rozwija się we właściwym kierunku.
Bezgranicznie zakochałam się Andrzeju Kmicicu, ale nie za to, że jest taki zalotny, wierny i kochający. Nie ze względu na relację z Oleńką.
Zakochałam się w nim dlatego, że jest takim pięknym człowiekiem.
Opinie na temat "Trylogii" Sienkiewicza są różne, czasem niezbyt pochlebne. Ale literaturę - a tutaj powieść historyczną - charakteryzuje to, że nie ma obowiązku być w stu procentach realistyczna, racjonalna czy uczciwa w przekazie. Literatura powinna wywoływać emocje, prowokować przemyślenia i zmuszać do analizy jej genezy. Tu chodzi o symbolikę wydarzeń, a nie ocenę perfekcyjnego odwzorowania wydarzeń. Od realiów jest historia, a od uczuć - literatura. Takie jest moje zdanie.
I dlatego też uważam, że "Potop" to cudowna powieść - pełna sprzecznych emocji, wiary boskiej, symboli i przekazów. Każda postać daje nam jakąś lekcję, ale i w przyjemny sposób uczy nas historii, która - często niechlubna - powinna dać nam do myślenia. Nie porównuję jej z "Quo vadis" ani jakąkolwiek inną książką, bo każda z nich jest oddzielną wartością samą w sobie. I każda przekazuje inną wiadomość.
A "Potop" powiedział mi, że piękno człowieka leży w sposobie, w jaki wstaje z kolan.
Dziękuję Wam za uwagę. Życzę wszystkim miłego dnia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz