Pisemka na kolanie

Witajcie!

Tutaj znajdziecie kilka szkiców (względnie: wierszy), które zdarza mi się czasem napisać pod wpływem różnego rodzaju natchnienia. Jest to zaledwie wycinek, ponieważ w głównej mierze moje liryki dotyczą sfery emocjonalnej, ale te bardziej ogólne będę wstawiać tutaj, żebyście mogli choć na chwilę oderwać się od mojego publicystycznego stylu :) 

U góry będą pojawiać się najświeższe utwory; te najstarsze znajdziecie na dole.

Miłej lektury!


Szczere kolokwium

Drży mi ręka - z zimna? z lęku?
Gardło zdarte z marnych jęków
Ogłuszonam hukiem ciszy
Panie Boże, czy mnie słyszysz?

Szukam wzrokiem gwiazd na niebie
Widzę, jak je ciemność grzebie
Każda, gasnąc, ze mnie szydzi
Panie Boże, czy mnie widzisz?

Kopię więc rękami w ziemi
Chcąc się schować pośród cieni
Zniknąć z tego świata może...
Gdzie ty jesteś, panie Boże?

Dłoń zanurzam w lepką glebę
Bo tak silną mam potrzebę
Zniknąć, schować się za kratą
Panie Boże, co ty na to?

Zimno wdziera się pod szaty
Drżę już z zimna, z lęku, straty
Tego, co zaprzepaściłam
Panie Boże, gdzie twa siła?

Coś się jednak w sercu rodzi
Chcąc od śmierci mnie odwodzić
Ręce mi blokuje w pracy
Panie Boże, co to znaczy?

Nie czuć zimna... czy to ciepło?
Wręcz gorąco... co za piekło!
Halo, niech ktoś mi pomoże!
Co się dzieje, Panie Boże?

"Czemuś taka przerażona
Skoroś sama chciała skonać?
Jakie może mieć znaczenie
Że ja skończę twe istnienie?"

Nie! Ja tylko... narzekałam...
I się ciągle... umartwiałam...
Żyłam, usiłując skryć
Czy ja zmarłam... zamiast żyć?

"Winnaś pojąć rychło, dziecko
Że cierpienie - nie szlachectwo
Prędzej w piekle - zła, przeklęta
Się obudzisz, niźli święta

Tylko miłość drogą twoją
Dla tych, którzy się nie boją
Trudy poznać i cierpienia
Krętej drogi do zbawienia"

A więc cały czas tu byłeś?
Co widziałeś? Gdzie się skryłeś?
Z szoku opadam w przyklęku
Sama trzymam bat swój w ręku!

Strach? Nienawiść? To nie kara
Czas jest niczym bez zegara
Miarą więc swojej wartości
Ustaliłam dno wściekłości

Czy to znaczy, że świat nowy
Piękny byłby, kolorowy
Gdybym w niego miłość wplotła
A złe smutki w otchłań zmiotła?

Kiwasz głową... o! Niedola!
Taka prosta szczęścia wola?
Myśl ma siłę przestrzeń zmieniać?
Światło wnosić w resztki cienia?

"Drogie dziecko me, kochane
Bez wartości to, co dane
Prawdę, co spotkasz na szczycie
Piękne ci sprowadzi życie

Musisz jednak pójść tam sama
Strachem, bólem wciąż smagana
By zrozumieć, że szczęśliwość
To nie los - a sprawiedliwość"

W radość zmienić każdy smutek
Źródła kluczem, nie sam skutek
W dal z nadzieją spojrzeć umiem
Panie Boże - już rozumiem.



Magia

Magia chwili
Lekkie serce
Rój motyli
Pragnę więcej

Potem cisza
Już powiośnie
Ścięta klisza
W sercu rośnie

Potem jednak
Gdy cię widzę
Wówczas, biedna
Znów się wstydzę

W niebie leżę
Uskrzydlona
Nim dostrzeżesz
Prędzej skonam



Ścieżka

Chłód rzeczywistości smaga jak biczem
Trzęsę się - nie wiem, czy z zimna, czy z bólu
W szalik odziewam zmarznięty policzek
I klękam jak sługa przed szeregiem królów

Jak nazwać zjawisko, gdy czegoś unikasz
Bo to coś nadmierną uwagę przyciąga
Lecz z działań twych nigdy nic nie wynika
Gdyż to znów na nowo do siebie cię ściąga?

A jak iść do przodu, gdy kłody pod nogi
Los rzuca ci stale, lecz bez podpowiedzi
Arsenał rozwiązań w twych sercu ubogi
Gdy broń nie ze złota, ni srebra - a z miedzi

Dziwne uczucie - tak żyć w zawieszeniu
Gdzie każdy poranek przynosi wyzwanie
Nocami zaś śnię o swych marzeń spełnieniu
Znów bez odpowiedzi na żadne pytanie

Jedyną niezmienną myślą w mej głowie
Jest wciąż robić swoje - sumiennie i z wiarą
Gdy życie naucza, choć słowa nie powie
By trwać na swej ścieżce - bez strachu przed karą.



Róża

Małe kwiecie różane
Co chyli się lekko na wietrze
Choć czuje się niekochane
Najgorsze szlaki wnet przetrze

I choć jej cechą samotność
To siła z jej piękna się bierze
Ze smutkiem wiąże ulotność
Po cichu szepcząc pacierze

Boi się przeznaczenia
Gdy pustka z echem się miesza
Ze strachu jest bliska omdlenia
Bo zło już na stryczku ją wiesza

A jednak ma w sobie pewność
Że dźwignie najgorsze ciężary
Gdyż siłą jej własne jest piękno
Nie wygląd, a serca bezmiary

Gdy więc najgorsze zawieje
Zabiorą wszystkich szyderców
Jej duch wówczas nie struchleje
Chroniąc przed losem morderców

Ostanie samotna na świecie
Budując go z trudem od nowa
I będzie on piękne miał kwiecie
To kwiecie, co w sercu swym chowa.



Prawdziwa miłość

Mam marzenie - takie małe
Wielkie czynem, choć nieśmiałe
Aby ludziom pomoc nosić
Światłem liczne życia zrosić

Mam marzenie - nie za wielkie
Aby oddać dobra wszelkie
Wszystkim, którym to potrzebne
Bez nich serce nie jest biedne

Mam marzenie - trochę skryte
Odkryć to, co nieodkryte
By uśmiechem radość zradzać
Drogą przeszłych dni nie chadzać

Wiele marzeń w moim życiu
Zamkniętych w duszy ukryciu
Pragnę w sercach miłość budzić
Kochać świat i wszystkich ludzi.



Waleczność

Gdy stale pragniesz przed światem się chować,
Gdy z trudu nie umiesz już pleców prostować,
Gdy łzy po policzkach płyną bez przerwy,
A w sercu się kończą miłości rezerwy;
Nie próbuj bezmyślnie się z losem siłować,
Lecz wsłuchaj się w boskiej mądrości słowa,
Gdyż mówi: "porażka na twoje życzenie,
Nie klęska sromotna, lecz doświadczenie".
Więc choćby twe nogi sił już nie miały,
Ramiona z wysiłku zaś poddać się chciały,
A gardło zdzierane bezustannym rykiem,
To pomnij, żeś wielkim jest wojownikiem.



Pamięć

Cała nadzieja
Serca zawieja
Bezsennych nocy
W ludzkiej niemocy

Za klifem szerokim
Pod stopą obłoki
Nikt ręki nie poda
Wysiłku im szkoda

Wybór to marny
Występek bezkarny
Tańczyli walca
Deptając po palcach

Podciągasz się sama
Choć na nodze szrama
Boli, doskwiera -
Swą wolność wybierasz

To jest tego warte
Pójścia w zaparte
Za serca podszeptem
Boskości konceptem

Twe życie mądrością
Twa dusza światłością
A siła twa droga
Pochodzi od Boga

Ty w drugim kierunku
Gdzie zero frasunku
Gdzie miłość nieskrycie
Gdzie twój plan na życie

Na ludzkie wołanie
Niegodne czekanie
A serce na dłoni
Przed złem cię ochroni

Polegaj na sobie
W zawiści złej dobie
Bogu dziękuj stale
Za miłości fale

Bo kto się zapomni
Człowieka nie wspomni
To skończy jak szatan
Co ludźmi pomiata.




Pukanie

Puk puk
Puk puk
Podchodzisz do drzwi
Otwierasz i czujesz
Jak pustka z cię drwi

Puk puk
Puk puk
Wyglądasz przez okna
Lecz dusza twa ludzka
Jak zawsze samotna

Puk puk
Puk puk
Podbiegasz do ściany
Dźwięk pustki tak ciężki
Jak z grobu wyrwany

Żadnego człowieka
A jednak ktoś puka
Na co więc czekasz?
Nie zwlekaj - idź szukać!

Puk puk
Puk puk
Wsłuchujesz się w dźwięki
I wiesz, że żaden
Z ludzkiej nie powstał ręki

Puk puk
Puk puk
Zdziwionyś jest wielce
Bo źródłem odgłosów
Nie człowiek - lecz serce

Dum dum
Dum dum
Wsłuchaj się w niego
Bo drogę do szczęścia
Wytyczyć chce twego

Sześćdziesiąt razy na minutę
Bije usiłując wyć:
"Raz, a dobrze przejdź pokutę;
Kochaj, uwierz - zacznij żyć!"



Dom

Szukam wolnej Polski
Gdzie wicher pachnie gościnnością
Gdzie ogień płonie walecznością
Gdzie uśmiech dworski

Szukam takiej Polski
Gdzie miłość ponad wszelką zwadą
Gdzie walka dobrem, a nie szpadą
A grunt niegrząski

Szukam swojej Polski
Gdzie Matka Boża jest ikoną
Gdzie pamięć tradycji ochroną
Tam gdzie dom Boski

Oto moja Polska
To tu mój dom, moje korzenie
Miłość, raj, życia spełnienie
Największa troska



Aniołek

Mamo? Och, Mamo - Mamusiu - to Ty?
Czy słyszę Twój głos, czy to tylko sny?
Coś czuję na skórze... to bicie! Twe serce!
Twój oddech! Jak ciepło, jak miło - chcę więcej!

A jak tu wygodnie! Jak kotek się moszczę.
A co to za odgłos? Och, jak mu zazdroszczę!
On może zobaczyć Twój uśmiech szeroki,
Twe włosy, Twe ręce - och, co za widoki!

Mamusiu? Nie przejmuj się mną zbyt przesadnie,
Radość z bliskości przychodzi mi snadnie,
Bo choć mnie nie tulisz, to tutaj, w Twym brzuszku
Jest cieplej niżeli w najdroższym kożuszku.

Kocham Cię, Mamo, Mamusiu, tak mocno!
Tak mocno, jak trawa zielona jest wiosną.
Złączeni jesteśmy silnymi więzami,
A świat obserwuję Twoimi oczami.

Co to? Dlaczego świat się trzęsie dokoła?
Cóż to za głos rozpaczliwy tak woła?
Skąd wstrząsy i krzyki? Twe serce kołacze;
Powiedz, Mamusiu, dlaczego Ty płaczesz?

Miłością chcę zetrzeć tę zmazę niemiłą
I pojąć nie mogę - co tak Cię skrzywdziło?
Czy ktoś Ciebie zranił? Podpowiedz mi, Mamo,
Jak mam pocieszyć Twą duszę kochaną?

Jak pomóc... ach, co to? Tu igła się wpycha!
Ach, pomóż! Ach, Mamo, nie mogę oddychać!
Dlaczego tak pali? Czy jestem w niewoli?
Ach, pomóż, Mamusiu kochana - to boli!

Ja płaczę bezsilnie, Ty krzyczysz z żałością,
Przez chwilę stajemy się w trudzie jednością.
I nagle - cisza. I wszystko zamiera;
Cieszę się tylko, że bólu już nie ma.

Wtem widzę Aniołka białego jak chmurka.
"Nie chciałbyś zwiedzić Bożego podwórka?
Tam wiele radosnych, pogodnych jest dzieci.
I wieczna szczęśliwość - i słońce tam świeci".

Rozglądam się wokół, bom zgubić się musiał,
Więc pytam Aniołka: "Gdzie moja Mamusia?"
On blednie, zamiera i zęby zaciska,
A mała łza w oku niebieskim mu błyska.

Przytula mnie jednak, uśmiecha się lekko
I zwraca się do mnie: "Kochane me dziecko,
Mamusia twa rękom cię Bożym oddała,
Byś mógł być szczęśliwy - aż tak cię kochała".

Poszedłem z Aniołkiem pomimo swych marzeń;
Po latach pojąłem rangę tych zdarzeń.
Wiedz, Mamo, że od lat Cię opieką otaczam,
Że kocham Cię nadal - i wszystko wybaczam.



Odwaga

Uczą nas strachu przez całe życie;
Zastanów się, powiedz, co ludzie pomyślą?
Wyrywać się pragnę, choć rozum wie skrycie:
Za złe zachowanie do piekła mnie wyślą.

Zaś serce niezłomnie mi w duszy rzecze:
Odwagę miej, kieruj się marzeniami,
Bo jeśli wybierzesz złą drogę wyrzeczeń,
To ty będziesz żyć ze swymi błędami.

Ich aprobata jest krótka, chwilowa,
Nagrody zbiorą kurz zapomnienia.
Przed swym sumieniem się nigdy nie schowasz,
Wnet ujrzysz, co dałaś na stos do stracenia.

Zawsze ktoś zdradzi, ktoś znienawidzi,
Usłyszysz, jak skrycie ktoś przez ciebie szlocha.
Twój rozum z naiwnej postawy twej szydzi,
Więc odrzuć go, walcz i rób to, co kochasz.

I tak zbierzesz rzesze fałszywych kamratów,
Obelgi i niechęć cię nie ominą.
Lecz wówczas już będziesz mieć wsparcie zaświatów,
Twe pełne światłości intencje nie zginą.

Im trudniej, tym Boga w człowieku jest więcej,
Co strach ci zabierze, odwaga ci odda.
Więc pomnij, w modlitwie wyciągnąwszy ręce:
Prawdziwy wojownik się nigdy nie podda.



Czas

Kartki kalendarza lecą jak szalone,
Miesiące mijają pośpiechem natchnione,
Dzień z nocą spleceni jak kochankowie,
Już starość z młodością jednością się zowie.

Wiatr z hukiem się wdziera przez okiennice,
Więc zwracam ku niemu zmartwione swe lice
I szeptem zabijam lęk nocnej ciszy;
Prócz Boga, na ziemi nikt mnie nie słyszy.

Z przestrachem swej duszy zadaję pytanie:
Jeżeli się poddam - co teraz się stanie?
Czy słuch o mnie wszelki na zawsze zaginie?
Co jeśli to śmierci się noga powinie?

Często zaś myślę o zła gęstych masach.
Czy urodziłam się w dobrych mi czasach?
Skąd we mnie ten strach i to zagubienie?
Gdzie znaleźć lekarstwo i ukojenie?

Jak w Naborowskim wierszu widnieje:
Teraźniejszość? Ułuda; to nie istnieje.
Zbyt krótka, ulotna, nie do schwycenia,
Zbyt wiele w niej człowiek ma do stracenia.

A przeszłość? To boli! I niech już nie wraca,
W niej człowiek swą przyszłość, swą duszę zatraca.
Obie są zgubne, bo przyszłość ma za to
Tę cechę, że wiąże swą przeszłość ze stratą.

Czas jest szkodliwy, paskudną jest miarą,
Więc nie pozostaje mi nic poza wiarą.
A w sercu mym wciąż niepewności zawieja,
Więc w Bogu jest moja jedyna nadzieja.



Człowieczeństwo

Daleko na Wschód, gdzie wzrok już nie sięga,
A słońce zachodzi ponad szczytami,
Mieści się dawnej Japonii potęga;
Jej dziejów symbole usłane wiśniami.

Wśród tęgich szczytów i bujnych lasów,
Na skrajnym, biednym, obmarzłym polu,
W cieple ogniska, w jednym z szałasów
Ogrzewa się mistrz starego klasztoru.

Za dnia na polu pomaga wieśniakom,
Hodowlę ryżu i kur prowadzi,
Siłę i wiarę rozdaje biedakom,
Wiedzę o skrytych pragnieniach gromadzi.

Gdy nocą cykanie świerszczy się wzmaga,
Ów mistrz opuszcza drogą mu wioskę
I wchodzi w swój azyl, co żyć mu pomaga;
Świat magii, świat duchów mu zmywa z rąk troskę.

I wreszcie znów może swobodnie oddychać,
Znów uśmiech rozświetla mu twarz niemłodą,
Niepokój ze strachem w ukrycie wnet czmycha;
Spełnienie w swym kunszcie jest jego urodą.

Numerologia i snów symbolika,
Radiestezja i wróżby z ukrycia.
Dla jednych - piekielna to fantastyka.
Dla niego - największy, prawdziwy sens życia.

Nad rankiem zaś wraca do rodzimej wioski,
Od nowa pomaga mieszkańcom zza miedzy,
Rozpędza największe, najskrytsze ich troski,
Dodając nadziei celnością swej wiedzy.

Zbiera uśmiechy i podziękowania,
Łzy ze wzruszonych oczu wyciera.
Takaż nagroda za jego starania;
Co roku plony miłości ich zbiera.

Gdyby zaś znali to źródło mądrości,
Mistrz zwieńczyłby górę heretyckich stosów.
Tu leży granica bliźniaczej miłości;
To smutek, to żal; to ironia losu.



Lekcja historii

Nie wiem, jak to dzieje się?
Tutaj dobrze, nigdzie źle...?
Punkt za punktem wynik zbiera
Niczym giełda bez maklera!

Rezygnuję już z nauki,
Nie lubię "sztuki dla sztuki".
Bez nauki - a tu proszę:
Czterdzieści i cztery procent!

Oni znali; ja nie znałam
I tak lepszy wynik miałam!
Wielką dumę czuję teraz
Zdolna jestem jak cholera! :)



Meta

Otchłań umysłu przeziera przez duszę
Chłód myśli porusza struny głosowe
Intencja płynie przez serca głuszę
Choć rozum chce, to prawdy - nie powie.

Smutek zamyka łzy w szklanej studni
Złość rozpycha się w żyłach łokciami
Strach czeka, aż gniew się z pięści wyludni
Frustracja kaleczy ostrymi szponami.

Głowa opada w swej bezsilności
Pierś drży bezgłośnie w bolesnym szlochu
Pięści już miażdżą paliczków kości
Serce ucieka w szaleńczym popłochu.

Nagle zapada bezbrzeżna cisza
Serce nie bije, krew już nie płynie
Obraz zamiera jak wieczna klisza
I znika; jak rozum, jak ciało - ginie.



Droga

Bez przerwy w mojej głowie
Kołaczą się te słowa:
Odpuść, zostaw, odejdź
Zacznij wszystko od nowa.

Nie wiedziałam, ile mogę
Na swoich barkach znieść.
Okazało się, że tonę
I dwie, trzy - nawet sześć.

Bo chociaż tak się bałam
Błądziłam w gęstej mgle
Zatrzymać się nie chciałam;
Mój cel - wydostać się.

Opadła ściana chłodu;
To światełko w tunelu!
Ruszyłam wnet do przodu -
Dotarłam już do celu.



Wojownik

Przychodzi taka chwila, gdy czas staje w miejscu,
Gdy twój świat zamiera, czekając na znak,
Bo jakieś zwątpienie się rodzi w twym sercu,
A wszystkie myśli - ulotne jak ptak.

I myślisz sobie: co teraz począć?
Odpuścić? Po tylu latach ciężkiej pracy?
Czy warto po całym trudzie już spocząć?
Odrzucić szansę podaną na tacy?

Tyle wysiłku już w to włożyłeś,
Tyle łez, krwi i potu wylałeś,
Tyle krzywd w swoim sercu nosiłeś,
I wciąż nadzieję w nim pokładałeś.

I właśnie ona - nadzieja - silniejsza
Od wszystkich ran zadanych przez czas.
To właśnie ona - nadzieja - zwycięża
W starciu z wrogami większymi od mas.

Zaciskasz pięści, unosisz głowę
I wiesz, jak walczyć, jak dzierżyć swój miecz.
Już samą swą wiarą zwalczyłeś połowę,
Choć krew tych szeregów bezbarwna jak ciecz.

Nie poddasz się, walczysz, póki serce bije,
Bo warto, bo z tego twe życie się składa.
Póki oddech swój łapiesz, póki masz jeszcze siłę,
Nie padniesz, bo tylko przegrany upada.

Szok bije z oczu twych przeciwników,
Wahanie odbija się w ich postawie,
Bo choć ich wzorcem są ludzie z pomników,
Dla nich odwaga brzmi jak bezprawie.

Podstępem kantują i wygrywają,
Gotowi są zabić dla sławy i chwały.
Zaś ty, dla tych ludzi, co przegrywają
Stanowisz zaiste problem niemały.

Więc walcz, wojowniku, o życie i wolność,
O wieczne szczęście, barwione kolorem,
Albowiem z duszy twej bije skromność
I na niej buduje wewnętrzną pokorę.



Polonistka

Czasami czuję, że trudno oddychać
Gniew budzi się we mnie niczym mórz fale
I pierwszy wdech, drugi - nie wolno mi prychać
Sprzeciwu okazać nie mogę już wcale

I myślisz, kobieto, że jak mi zabronisz
Odzywać się, śmiać, płakać i bronić
To duszę mą - wojownika - zniewolisz?
Naiwnaś; nadzieję pozwalam ci trwonić.

Nie zwątpię, nie stchórzę i nie dam się stłamsić
Na każdy atak mam argumenty
Na twoje obelgi odpowiedź ja dam ci
Tak celną, że aż ci pójdzie w twe pięty! :)



Szaleństwo

Zagubiona jestem już od bardzo dawna
Duszo kochana, gdzieś ty przepadła?
W mym wnętrzu już tylko otchłanie, czeluści
Diabeł zabrał serce - już go nie wypuści.

Smutek płynie w żyłach mego ciała
Honor już zapomniał, czym jest ludzka chwała
Uśmiech na mej twarzy dawno już nie gościł
Język też zapomniał już smaku radości.

Choć siedzę w zamknięciu od ponad dekady
Choć ludzie nie chcą oglądać szkarady
Choć sama swoich myśli nie rozumiem
To zburzyć tych grubych murów - nie umiem.

Mój krzyk odbija się od ścian głośnym echem
Uderza w sam sufit, miesza się z oddechem
Wciska się do gardła, od środka mnie dusi
Moimi grzechami i diabeł się nie skusi.

Leżę; sufit nade mną, a ściany wokół
Widzę ducha śmierci, co jak dziki sokół
Do mnie się zbliża; widzę marny los
Zamykam oczy i znikam, nim nadejdzie cios.



List do mentora

Mistrzu,

Ty, który wiesz, czym jest poświęcenie,
Jak wiele lat zabiera perfekcja.
Ty, który w głowie masz niejedno zmartwienie,
A każde Twe słowo to ważna lekcja.

Nie walczysz nigdy, by stać się lepszym
Od kogoś, kto zwie się największym mędrcem,
Bo wiesz, że prawda jest czymś znacznie większym, 
Że walka to starcie nie mieczem, lecz sercem.

Cierpliwe Twe słowa wbijają się w duszę
Jak grot ciężkiej strzały przepełnionej jadem.
Twa światłość i mądrość - dla wroga katusze,
Dla uczniów - prawda rządząca tym światem.

Nie zerkasz w inną stronę, gdy ktoś swą rękę
Wyciąga, by zaznać ludzkiej pomocy.
Ty na nią patrzysz - na Bożą potęgę,
Na dłoń wołającą o skrawek Twej mocy.

Twą bronią - mądrość, Twą myślą - cierpienie
Tych wszystkich dusz wiedzionych na stos.
Twym kluczem - prawda, Twym sercem - marzenie,
By wsłuchać się w mądry, wewnętrzny głos.

Pozwalasz do prawdy dojść żmudną drogą -
Samemu, bez Ciebie u boku.
Choć pot i łzy mieszają się z trwogą,
Dla Ciebie przyspieszam kroku.

Dziękuję, mistrzu, za cenne nauki,
Wieczne i trwałe - jak czas.
Bo chociaż walka wymaga sztuki,
Zawsze spróbuję kolejny raz.

Twe urodziny świętować nam przyszło,
Wszakże ważna to data.
Wspomnijmy więc chwilę urodzin naszego
Nauczyciela, mistrza i brata.



Moja walka

Czasem ciężko złapać wdech,
Zrobić ten ostatni krok,
Policzyć choćby do trzech
I wejść prosto w ciemny mrok.

Szpony strachu atakują,
Wyciskają z oczu łzy,
Pięści w żołądek pakują,
Ranią wnętrze aż do krwi.

Krzyk wyrywa mi się z piersi;
Już nie tłumi go modlitwa.
Brzęk łańcuchów już mnie mierzi,
Mam już dosyć niewolnictwa.

Wstaję - robię krok do przodu,
Mówię "nie" swemu oprawcy.
Nagle me kajdany z lodu
Kruszą się u nóg wybawcy.

Człowiek - boskie to stworzenie,
Każden ma swój posterunek.
Pod tym niebieskim sklepieniem
Należy mu się szacunek.

Nie patrz komuś po kieszeniach,
Nie oceniaj po wyglądzie.
Każdy czeka namaszczenia,
Każdy obok Boga siądzie.

Alkoholik czy narkoman -
Nowe życie już zaczyna.
Nie wiesz, kiedy twoja zmora
Uratuje twego syna.

Szanuj, kochaj i wybaczaj,
A szatana nie bój się.
Nad przeszłością nie rozpaczaj,
Nad ramieniem Boga miej.



Mój los

Nie widzę światła, błądzę wśród cieni,
Już woda drży, muskana przez wiatr.
Już tylko księżyc się w wodzie mieni,
Już z dala piętrzą się szczyty Tatr.

Powiedz mi, mistrzu, co ty byś zrobił,
Gdybyś się zgubił wśród kręgów życia?
Jak szedł byś dalej bez głównej drogi?
Jak wszedłbyś na szczyt nie do zdobycia?

Stoję nad klifem i czuję pragnienie,
By rzucić się w ciemną, bezbrzeżną wodę.
Tym właśnie było moje marzenie:
Z ostatnim oddechem otrzymać nagrodę.

Zmieniły się jednak i czasy, i ja.
Za to zadane swej duszy cierpienie,
Za przeoczenie takiej chwili jak ta
Dostanę tylko twe smutne spojrzenie.

Me siły do walki już ludzie zabrali
Po wszystkich latach toczenia wojen
O bliźnich, co nawet mi ręki nie dali,
Gdy padłam na ziemię, zmęczona tym bojem.

Powiedz mi, mistrzu, o kogo mam walczyć,
Gdy sama zostałam w tym trudnym boju?
Dla kogo energii powinno mi starczyć,
By nieść pomoc komuś twojego pokroju?

O mnie nie warto; żaden krzyż niepomocny;
Zbyt wiele łez krzywdy swojej wylałam.
O ciebie nie muszę, boś wieki i mocny,
Choć krzywdy z twych rąk nigdy nie zaznałam.

Już klamka zapadła; robię krok do przodu,
W ostatnich sekundach żegnam się ze światem.
Przecieram twarz zimną od nocnego chłodu
I skaczę, niby wolna, a wciąż pod życia batem.



Szkoła

Mrok otacza przezroczysty,
Wokół ciężkie jest powietrze.
Mrugam; wzrok mój nadal mglisty,
A kolory coraz bledsze.

Patrzę w okno, a tam kraty,
Choć od zewnątrz niewidoczne.
Już się uśmiechają braty,
Nie widzą tego, co mroczne.

Szkoło!
Tyle czasu tutaj spędzam,
Nie pomijam obowiązków.
Ciężkiej pracy wielka nędza;
Pilnuję porządku związków.

Chciałabym ci podziękować:

Za mój zmarnowany czas,
Za ten stres, bezsenne noce,
Za duszenie się wśród mas
Wciąż modlitwy swe mamrocę.

Dobry z ciebie terapeuta.
Nie nasz - nie! - tych pryncypałów,
Którzy jak dzikie zwierzęta
Dają upust swemu szału.

"Szkoła - psi twój obowiązek!"
"Tłumacz się z nieobecności!"
"Wpłacaj na szkołę pieniądze!"
"Dosyć mam twojej mierności!"

Szczyt dla nas nie do zdobycia,
Szukamy tylko poklasku.
Przez was boimy się życia!
Stres już trzyma nas w potrzasku.

Nic to jednak! My nie damy
Stłamsić nasze duszy małej.
Odejdziecie; znikną pany,
Świat budować będziem dalej...



Drogi Syneczku...

Drogie moje dziecko - jak mam Cię nauczyć,
Że serce ze stali każdy oręż skruszy?
Że miłość to moc silniejsza niż wróg?
Że wiara to droga do Bożych wrót?

Pamiętaj, syneczku, czego Cię uczyłam,
Jak wiele lat swoich Tobie poświęciłam.
Nie dziękuj; chcę tylko, żebyś pamiętał
I swym dzieciom też tyle czasu poświęcał.

Pamiętaj, syneczku, że strach to złudzenie;
Przybędzie i zniknie, siejąc zniszczenie.
A gdy się obudzisz, rozejrzysz dokoła,
Żal ściśnie Twe gardło i rozpacz wywoła.

Pamiętaj, syneczku, by dbać o rodzinę,
Bo ona jest wsparciem w najgorszą godzinę.
Da Ci to wszystko, czego ja Ci nie dałam
I będzie Cię kochać, jak ja Cię kochałam.

Pamiętaj, syneczku, za każdym razem,
Gdy padniesz - wstań, z pewności wyrazem
Namalowanej na Twojej twarzy.
Ubrania brudne, lecz serce - bez skazy.

Pamiętaj, syneczku, że nie dla każdego
Szczęście oznacza coś podobnego.
Dla Ciebie to spokój, dla kogoś - dostatek;
Dla kogoś innego to życie wśród klatek.

Pamiętaj, syneczku, cokolwiek się stanie:
Ważniejsze od brania jest zawsze dawanie.
Rozdawaj chleb innym, a to, co zostanie
Smakować Ci będzie jak najlepsze danie.

Pamiętaj, syneczku, że kocham Cię mocno,
Tak mocno, jak liście zielone są wiosną.
Tak mocno, jak słońce przygrzewa na twarzy;
Przy mnie nic złego Ci się nie wydarzy.

Pamiętaj, syneczku, że jestem przy Tobie,
W zdrowiu, radości, nieszczęściu, chorobie.
Choć mnie nie widzisz, zawsze Cię bronię
Przed krzywdą i kłamstwem diabła w koronie.



Przyjaciel

Drogi Przyjacielu,

Byłeś mi bliski, choć nie wiedziałeś,
Jak słabo wcześniej znosiłam samotność
Nigdy nie brałeś, lecz zawsze dawałeś
To, co - myślałeś - chroniło mą godność.

Nie przejmowałeś się obelgami,
Które rzucali pod moim adresem.
Wierzyłeś, że to, w co parłeś latami
Zwróci Ci czas przepełniony Twym stresem.

O moje uczucia, o wizerunek
O to, co myślą ci rówieśnicy,
Którzy za prawdę mają rysunek
Mnie jako głupiej Twej służebnicy.

Oni nie wiedzą, dlaczego ma noga
Już nigdy więcej nie pomoże mi wstać.
Gdy zaś mnie widzą, ogarnia ich trwoga,
Bo myślą, że siła nie może już trwać.

Widzę w Twych oczach i żal, i smutek
Za każdym razem, gdy ktoś mnie obrazi.
Tym właśnie jest Twego dobra skutek:
Mam siłę do ludzi się nigdy nie zrazić.

Gdyż oni wcale nie wiedzą, co mówią,
Próbują się tylko wyróżnić wśród mas.
Me serce i dusza natomiast się stawią
Na każdą komendę rzuconą przez czas.

Ludzie przeminą, a świat się zmieni,
Więc nie płacz, drogi mój Przyjacielu.
Bez nogi, lecz z sercem - jaśniejszym od cieni,
Bo takich jak Ty na tym świecie - niewielu.



O miłości

Miłość nie wybiera,
Pochłania w całości,
Lata snów zabiera
I w sercach wciąż gości.

Dlaczego więc, kochany,
Po tylu latach szczęścia,
Odszedłeś, zapomniany,
Przez serca ciemne przejścia?

Pamiętasz, kiedy razem
Nad morzem, zakochani,
Z przepięknym krajobrazem
Biegliśmy, złem ścigani?

Ukradłeś dla mnie różę,
Choć tego nie pochwalam.
Na drugą nie zasłużę,
Na trzecią winę zwalam.

Wtedy coś się zmieniło.
Twe uśmiechy zniknęły
Szczęście z oczu nie biło,
A dni nasze minęły.

Wiedziałam to już dawno,
Choć wierzyć nie umiałam,
Że naszą przyszłość barwną,
Zburzyły ciężkie działa.

I nagle to się stało:
Odszedłeś – tak bez słowa,
Wylałam łez niemało.
Wciąż zbieram się od nowa.

Kiedyś Cię zobaczyłam,
Jak szedłeś po ulicy.
Oczom swym nie wierzyłam,
Boś wchodził do kaplicy.

Ty zawsze niewierzący;
Poszłam więc za Tobą,
A ty – jak ptak iskrzący
Jarzyłeś się... żałobą.

Płakałeś i krzyczałeś,
Wciąż przepraszałeś Boga.
Szeptałeś, wyklinałeś
Że kara Twa zbyt sroga.

Podeszłam trochę bliżej,
Przeszkadzać Ci nie śmiałam.
Schyliłam się ciut niżej
Za Ciebie się kajałam.

A Ty nie przestawałeś;
Ze łzami w pięknych oczach,
Błagałeś, namawiałeś
O dłuższe życie – Boga.

Mówiłeś z wielką siłą,
Że Twoja ukochana
Z historią Twą zawiłą,
Nie czuje się słuchana.

Upadłam na kolana.
Tyle lat? Jak śmiałeś?
Gdy ja byłam oddana.
Inną kobietę miałeś.

Byłam już niemal pewna,
Że złamię Ci, co Twoje.
I wtedy myśl Twa rzewna
Wyrzekła imię moje.

I wtedy zrozumiałam,
Że kochasz mnie – o Boże!
Ze szczęścia łez wylałam
Bez przeszkód całe morze.

Strach jednak mną kierował,
Nic się nie odezwałam.
Wyszłam; ból spowodował,
Że całą noc płakałam.

Następny dzień już nastał.
Wyszłam, by Cię szukać.
Lecz ulice tego miasta,
Nie chciały nas posłuchać.

I wtedy już wiedziałam.
Potrzebny mi psycholog.
Z tą myślą wnet spojrzałam
Na wiszący Twój... nekrolog.

Twe imię i nazwisko,
Ten krzyż namalowany -
Przeprosiły za wszystko.
Więc żegnaj, mój kochany...



Sen

Sen - niczym zjawa - przychodzi i znika
Zagnieżdża się w mózgu, trwać nie pozwala
Nie pomoże nawet odgłos budzika
Gdy weźmie w ramiona niczym ciepła fala

Mydli ci oczy, uiszcza pragnienia
Pozwala ci myśleć, żeś jego panem
A tak naprawdę to tylko złudzenia -
To uświadamiasz już sobie nad ranem

Sprawia, że czujesz się lepszy od świata
A ty w to wierzysz, jak ktoś naiwny
Bo możesz kraść, uciekać i latać
Choć obcym ludziom wydajesz się dziwny

Twą myśl zamienia na przedmiot w twych rękach
Więc myślisz sobie: och! Chcę być bogaty!
I nagle twój portfel z nadmiaru w szwach pęka
Ty cieszysz się; nie wiesz, że gonisz w zaświaty

I wtedy ziszcza się właśnie ten moment
Gdy czujesz już uchwyt żelaznej ręki
Budząc się, widzisz snów swoich mankament
Łza spływa po twarzy w geście podzięki

I mimo że sny wywołują twój ból
I tak do nich wracasz, i tak potrzebujesz
Poczucia pewności i władzy - jak król
Że myślą naprawisz to, co zepsujesz

Co nas zaglądasz do tej krainy -
Ja ci nie wzbronię otaczać się kłamstwem
Lecz dobrze wiesz, że na swoje winy
Kłamstwo nie jest nigdy skutecznym lekarstwem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz