niedziela, 1 sierpnia 2021

Odbudowując spalone mosty...

Witam Was bardzo serdecznie w tę uroczą niedzielę! 

Jest to wpis o dacie nieprzypadkowej, ponieważ cała Polska przygotowywała się od pewnego czasu do świętowania i uczczenia dzisiejszego dnia. Załatwiając sprawunki, mijałam na mieście liczne plakaty związane z obchodami rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. I choć zasadniczo nie mam nic przeciwko tego typu wydarzeniom ani naciskom ze strony szkolnictwa, o tyle w tym roku coś się we mnie zmieniło. Być może jest to efekt jednokierunkowej polityki prowadzonej od 2015 roku, a może znajomość naszych narodowych skrajności. W każdym razie naszła mnie pewna refleksja, którą chciałabym się podzielić.

Sama od najmłodszych lat chętnie uczyłam się historii, szczególnie tej dotyczącej Polski, ponieważ miałam poczucie, że aby budować stabilną przyszłość, trzeba dobrze poznać własną przeszłość i wyciągnąć z niej wnioski. W gimnazjum zakochałam się w poezji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego dzięki jego "Elegii o chłopcu polskim..." i chodziłam na festiwale śpiewania "Zakazanych piosenek". Do niedawna byłam fanką organizowania podobnych uroczystości, ponieważ wierzyłam, że pomagają upamiętnić ważne wydarzenia i wspomagają edukację osób, które niechętnie przykładały się do tego w szkole. Ale od kilku lat zaczęło w Polsce narastać pewne zjawisko, które szkodliwie przekłada się na tego typu wydarzenia. Akurat jest ono z nami od początku sarmatyzmu, czyli okolic XV wieku, jednak od jakiegoś czasu widzę przyzwolenie władz na praktykowanie zachowań w tym nurcie. 

Ksenofobia.

Jak ostatnio wypowiedział się minister Czarnek: "Polskie uczelnie są dla polskich studentów, to oczywiste. Tak jak polska nauka jest dla Polski, bo jest finansowana przez Polaków. Była pewna przesada, jeśli chodzi o umiędzynarodowienie uczelni, które było priorytetem Jarosława Gowina. Zmieniamy to". Jeżeli sam przedstawiciel resortu państwowej edukacji (zależy mi na podkreśleniu stanowiska, nie nazwiska) prezentuje postawę, która mogłaby przekreślić sporą część sukcesów naukowych dokonanych w oparciu o międzynarodowe współprace uniwersyteckie, wymiany studenckie i profesorskie - to uważam, że należy tutaj przystanąć i zastanowić się nad tą sprawą. Bowiem można by rzec, iż w takim duchu prowadzona jest w naszym kraju edukacja powszechna. Owszem, każde powstanie rozpatrywane jest w perspektywie stanowisk za i przeciw, ale nie zmienia to faktu, że w ogólnym rozrachunku powstania kojarzą nam się bardziej pozytywnie niż negatywnie. Jedynie pasjonaci i uczeni, którzy z własnej woli zdecydowali się zgłębić temat, mogą stanąć po tej mniej popularnej stronie. 

Rozbiory. Co ja wyniosłam ze szkoły na ich temat? Tak, byliśmy osłabionym państwem. Owszem, mieliśmy słabego króla. Ale to ONI nas "rozebrali". Oni zawiązali pakt za naszymi plecami, wykorzystując naszą słabość. I rzeczywiście, nic nie usprawiedliwia imperialistycznych zapędów państwa, które kosztem innych stara się wzbogacić terytorialnie. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy.

Każde powstanie, które wspominamy, jest dziś owiane atmosferą zawiści i złości wobec tego, kto zmusił nas do tego buntu. Bez względu na to, czy była to Rosja czy Niemcy, każdemu upamiętnieniu towarzyszy wskazujący na nich palec i krzyk: "To oni! To oni nam to zrobili!"

Podczas przeglądania mediów społecznościowych łatwo natknąć się na narodowościowe frazy i hasła w stylu: "To nie naziści, to byli Niemcy!". Tylko czemu to ma służyć? Uważam, że takie wypominanie szerzy dużo więcej nienawiści i nieporozumienia niż jakichkolwiek pozytywnych emocji. W rezultacie większość rzeczy lub osób, które media określają jako "niemieckie" lub "rosyjskie", ma zdecydowanie wydźwięk pejoratywny. A szerokie, średnio wykształcone lub nieanalizujące podobnych zjawisk masy ludzkie powtarzają te hasła, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. W rezultacie jakakolwiek współpraca z jednym z sąsiadów zawsze kończy się protestem ze strony opozycji i wyzywaniem od "zdrajców".

A przecież to wszystko należy już do przeszłości. Jak mamy iść dalej - jako naród, kraj, cywilizacja - skoro nie jesteśmy w stanie przestać krzyczeć? Oglądając się za siebie, nie widzimy tego, co przed nami. Zapatrzeni w przeszłość, potykamy się o teraźniejszość i tracimy szansę na przyszłość. Wolimy warczeć jak małe, skrzywdzone istoty, zamiast zaakceptować to, co się wydarzyło i zbudować w sobie nową siłę. Od setek lat jesteśmy narodem o charakterze ofiary, która potrzebuje stanąć krok od powszechnej egzekucji, by wydostać się spod presji oprawców. A za jakiś czas historia zatacza koło.

Bolą mnie wszelkie wieści o ataku na obcokrajowców w komunikacji miejskiej. Nie mogę patrzeć na niektóre hasła szowinistycznych organizacji młodzieżowych. I to wszystko nie dlatego, że nie akceptuję tego typu ideologii - tylko dlatego, że nigdy nie słyszę tam ani słowa o miłości do drugiego człowieka. A dla mnie to wartość, która buduje i łączy całą społeczność, a która w naszym świecie dawno zatraciła swoje znaczenie. 

Chciałabym podkreślić - nie wracajmy do tematu skrajności. Mam świadomość, że w naszym kraju mieszka wiele świadomych osób, które wcale nie uosabiają tego, co napisałam powyżej. Takie osoby nie odbiorą osobiście tego artykułu. Pragnę jedynie zwrócić uwagę na pewne zjawiska polityczno - społeczne, które mają miejsce, a które są - w mojej opinii - bardzo niepokojące. Nie jesteśmy na tyle silnym i niezależnym państwem, by móc tak bezmyślnie burzyć mosty ze swoimi sąsiadami. Powinniśmy pamiętać o historii, ale nie po to, by wracać do tych wszystkich emocji, które prowadziły do działań opłakanych w skutkach. Powinniśmy o niej pamiętać, by na chłodno z perspektywy móc ocenić, co zrobić, aby nie popełnić tych samych błędów. A my co roku wracamy do krzywd, które nam zadano, zaś władza realizuje te przekonania w swojej polityce zagranicznej, co w rezultacie odbija się na społeczeństwie. W ostatecznym rozrachunku tracimy na własnej bezmyślności.

Na sam koniec chciałabym oddać prostymi słowami cześć bohaterom, którzy wiedzieli, o co walczą i byli gotowi oddać za to życie. My też walczymy, ale często nie wiemy, o co. Nie wiemy, za jaką cenę. Nie chcemy płacić za błędy naszych przodków - i nie każmy robić tego innym. Ostatecznie każdy z nas ma masę własnych porażek, które musi przepracować. Bądźmy dziś razem w duchu miłości do człowieka. Zadbajmy o tego jednego człowieka, który stoi obok nas, a zaraz okaże się, że cały świat został otoczony prawdziwą troską.

Do zobaczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz