Cześć, kochani!
Dziś przybywam do Was ze świeżo napisanym artykułem z elementami recenzji na temat filmu pt. "Captain Fantastic". Poruszył mnie on tak bardzo, że postanowiłam zostawić po nim ślad, by móc wrócić do niego za jakiś czas (albowiem moja pamięć do filmów bywa zbyt ulotna). Pomógł mi w tym fakt, że już w trakcie oglądania poczułam silną potrzebę opisania swoich wrażeń, a takiego impulsu twórczego nie doświadczyłam już od ponad roku. Stwierdziłam, że należy to wykorzystać. I tak oto - zaczynamy!
[Oczywiście tekst zawiera spoilery. Jeżeli Wam one nie przeszkadzają, nie zamierzacie oglądać tego filmu lub już to zrobiliście - nie widzę żadnych przeszkód. Jeśli natomiast nie chcecie niszczyć sobie wrażeń - wróćcie, gdy tylko zobaczycie ów obraz alternatywnej egzystencji 😊]
Film opowiadania o ojcu i szóstce jego dzieci, którzy jako zamknięta społeczność żyją w odizolowanej od cywilizacji rzeczywistości. Każde z nich potrafi polować na zwierzęta, posługiwać się bronią, przyrządzać posiłki z dostępnych w lesie składników i opatrywać rany. Wszyscy są nad wyraz sprawni i wysportowani, wykształceni intelektualnie dzięki książkom, które podsuwa im ojciec. Do niedawna żyli wraz z matką, która z powodu choroby dwubiegunowej musiała udać się pod opiekę specjalistów. Już na początku filmu popełnia samobójstwo, które determinuje dalsze koleje tej rodziny. Razem decydują udać się na pogrzeb organizowany przez jej rodziców, mimo faktu, że ojciec może trafić do więzienia - a dzieci do sierocińca - za prowadzenie takiego stylu życia.
To, co uderzyło mnie na początku filmu, to surowość Bena, z jaką odnosi się do swoich dzieci. Konsekwentnie organizuje im treningi, każe polować na zwierzęta i racjonalnie przywraca syna do porządku, gdy ten, podczas wspinaczki górskiej, łamie sobie rękę. I tu pojawia się pierwszy konfliktowy aspekt. Silny ojciec - wzór, autorytet, przewodnik. Ale i szef, który chłodno wydaje polecenia bez przejawów jakichkolwiek emocji. Widać, że Rellian ma z tym spory problem, co wznieca w nim iskierkę buntu, która przejawia się w jeden z najbardziej brutalnych sposobów - rzuca się na ojca z nożem. Można by go tłumaczyć szokiem spowodowanym śmiercią mamy, żalem po stracie i frustracją z powodu niesprawiedliwości - a jednak z czasem potwierdza się teza, iż wini on ojca za śmierć swojej matki. I tak naprawdę aż do momentu wyjazdu na pogrzeb nie dostrzegłam w Benie żadnego przejawu ciepłego ojcostwa, a jedynie pierwotnego przewodnika.
Jego obraz zmienia się wraz z kolejnymi etapami podróży. Dostrzegamy jego siłę, konsekwencję i wiarę w to, co robi. Miłość do dzieci przedstawia jego wcześniejsze działania w zupełnie innym świetle. Chłodny chów miał na celu wychowanie dzieci na silnych, odważnych i niezależnych. Kierowała nim ojcowska troska skrywana pod maską twardego autorytetu. Dodatkowo, po samym stosunku dzieci wobec niego widać, że są z nim związane i prawdziwie go szanują; nie jest to sztuczny respekt narzucony przez doktrynę strachu. I z czasem rzeczywiście dostrzegłam w nim dobrego człowieka, który miał jak najlepsze intencje.
Na kolacji u szwagierki pojawia się zderzenie dwóch światów: prostoty i konwenansów (oba wyrażenia w mojej intencji miały być neutralne). Prawda brzmi brutalnie: matka popełniła samobójstwo. Ben nie ukrywa niczego przed swoimi dziećmi; od początku przedstawia sytuację jasno i klarownie, pragnąc, by dzieci rozumiały otaczający ich świat i nie poddawały się złudzeniom. Tymczasem Harper delikatnie ujmuje sprawę, mówiąc jedynie o "śmierci z powodu choroby" (co jest stwierdzeniem ogólnym, ale nie mija się z prawdą). Nie chce narazić dzieci na szok w tak młodym wieku i spowodować u nich traumę. Powstaje konflikt, którego nie sposób rozwiązać, ponieważ zawsze znajdą się zwolennicy każdego z tych stanowisk. A ponieważ posiadam ten przywilej bycia autorką bloga, to równocześnie mogę tu stworzyć przestrzeń dla wyrażenia własnej opinii: osobiście zgadzam się ze stanowiskiem Bena i sposobem, w jaki dojrzale traktuje swoje dzieci. Na pytanie Nai o seks i rozmnażanie bez skrępowania opisuje, jak się sprawy mają. Gdy wręcza wszystkim prezenty, jemu jednemu - zamiast broni - daje książkę na kształt kamasutry, by zaspokoił swoją ciekawość. Niepedagogiczne? W zasadzie, moim zdaniem, to sama prawda. Warto z tego żartować, ale nigdy nie rozumiałam, dlaczego dorośli tak bardzo się peszą z powodu rozmowy o seksie - przecież bez tego nie mieliby dziecka, które zadaje to pytanie. Dlaczego więc zachowujemy się tak, jakby było to coś nieodpowiedniego, skoro dotyczy to każdego człowieka na ziemi?
Nadchodzi jeden z najważniejszych punktów tego filmu: pogrzeb Leslie. Zorganizowany po katolicku, w kościele, wraz z rodziną; poza najbliższymi - czyli mężem i dziećmi. Nadchodzi Ben wraz z rodziną, ubrany na kolorowo, pełen werwy i wygłasza mowę na temat swojej żony, jej woli i testamentu. Okazuje się, że Leslie była buddystką (nie chrześcijanką) i chciała zostać skremowana (a nie pochowana tradycyjnie); do tego spuszczona gdzieś w toalecie publicznej dla wyśmiania wszystkich konwenansów dotyczących ludzkiego ciała (co dla osoby uznającej reinkarnację nie jest wcale niczym drastycznym). Ojciec zmarłej woła ochronę, przerywając ten kwiecisty występ, a rodzina zostaje wyrzucona za drzwi kościoła.
Szczerze? Całkowicie zgadzam się z Benem. Czemu miałabym się dziwić, że w tak obcesowy sposób wkroczył na pogrzeb własnej żony, skoro otrzymał zakaz wstępu i ujrzał uosobienie wszystkiego, czego kobieta nigdy sobie nie życzyła? Po śmierci nie interesuje nas, jak zostaniemy pochowani, bo idziemy dalej; ale nie zmienia to faktu, że pogrzeb nie jest prywatną terapią po stracie najbliższego człowieka, bo dotyczy zbyt wielu osób. Ojciec, organizując go w sposób protestancki, okazał brak szacunku własnej córce, którą przecież opłakiwał (czy to nie paradoks?), aby pożegnać ją w godny dla siebie - nie dla niej - sposób. Skoro nie dał przestrzeni dla wiary córki ani jej męża, trudno mi się dziwić, że Ben wparował do środka i sam sobie tę przestrzeń wykreował. Trzymając w ręku wolę i testament Leslie, miał do tego pełne prawo.
Jack nie jest jednak tak czarnym charakterem, jak mogłoby się wydawać. On również ewoluuje i zmienia swoje nastawienie pod wpływem kontaktu z wnukami. Przyjmuje pod swoje skrzydła Relliana, gdy ten buntuje się przeciwko ojcu. I ostatecznie przygarnia ich wszystkich, gdy jedna z córek zostaje ranna i potrzebuje opieki. Gdy Ben wyjeżdża, Jack zapewnia go, że jego dzieci są u niego bezpieczne i zrobi wszystko, co dla nich najlepsze. Ostatecznie okazuje się wsparciem, a nie przeszkodą dla ratowania tej rodziny - i to właśnie jest w nim najpiękniejsze.
Zostańmy na chwilę przy kwestie Leslie. Zakochana w Benie, zgodziła się na życie poza systemem - choć to był jego pomysł, nie jej. Postępująca choroba dwubiegunowa postawiła przed nimi ultimatum w sprawie przyszłości ich rodziny. Zdecydowali się zaszyć w głuszy z nadzieją, że matka natura naprawi te elementy psychiki, które zniszczyła cywilizacja. Niestety - bezskutecznie. Objawy się nasilały aż do momentu, w którym nawet Ben postąpił wbrew swoim zasadom i oddał ją do specjalistów medycyny zachodniej, ponieważ w zasadzie tylko taka opcja mu pozostała. Niestety i oni nie zdołali jej uratować. I tutaj pojawia się pytanie: czy gdyby Ben wcześniej zwrócił się do nich o pomoc, jego żona miałaby większe szanse na wyzdrowienie? Sytuacja analogiczna do akcji, w której pewna rodzina udała się z rannym (nie chorym) dzieckiem do kościoła zamiast do szpitala. Wiara (natura) leczy, ale czy w tak nagłych przypadkach również?
Kolejna sprawa: wina. Ben obwiniał się za śmierć Leslie - i za to również nienawidził go syn. Oboje byli przekonani, że to Ben jest winny śmierci swojej żony. I cały bunt Relliana opierał się tylko i wyłącznie na tej złości, nie miał podłoża wychowawczego. Żaden z nich nie odzyskałby równowagi ducha, gdyby sobie nie wybaczyli. To właśnie jedna z tych rzeczy, które mierżą mnie najbardziej: nikt nas nie uczy, że najważniejsze jest wybaczanie samemu sobie. Nie wybaczymy nikomu innemu bez zdolności wybaczania sobie, ponieważ każdą krzywdę będziemy odbierać personalnie i zakorzeniać w naszej podświadomości. Ben nie byłby w stanie odbudować swojej rodziny, gdyby nie pozwolił mentalnie odejść swojej żonie i zaakceptować tego, co się stało. Europejski katolicyzm każe nam wybaczać innym, a potem bić się w pierś ze słowami: "moja wina", wbijając do serca coraz trudniejszy do udźwignięcia ciężar. Wybaczenie - oto woda płynąca w strumieniu rzeki zwanej życiem.
Idziemy dalej: wypadek jednej z córek Bena (wybaczcie, ale były do siebie podobne i nie pamiętam, która z nich go doznała). Ben po prostu wysłał ją na jedną z kolejnych misji, które organizował - nie przewidział tylko, że nowe środowisko wpływa na zaburzenie zdolności percepcji. Wspinając się po gałęziach drzewa po raz setny można wyczuć, czy gałąź utrzyma nasz ciężar oraz ile czasu minie, nim pęknie; ale w lesie nie mieli dachówek. Tak prosty czynnik spowodował, że dziewczyna nie była w stanie określić jej stabilności. I w tym momencie cała wiedza na temat wspinaczki i skradania się okazała się bezużyteczna. Medal ma jednak dwie strony: albowiem tym, co ją uratowało, była wypracowana przez lata sprawność fizyczna.
Czy można więc powiedzieć, że sam pomysł wysłania dziecka na dach był głupi? Tak, bo bez znajomości terenu i na tak wysokiej kondygnacji nietrudno było o nieprzewidziane zagrożenie. I nie, bo podobne misje na wysokościach były stałym elementem ich życia, więc można było nie przewidzieć, że tym razem coś pójdzie nie tak. Ponieważ jednak w grę wchodzi krzywda dziecka, rodzic bez wątpienia widzi tylko tę pierwszą opcję.
I dochodzimy do głównego tematu tej produkcji: zderzenia świata pozasystemowego z cywilizacją. Ben bez wątpienia wychował swoje dzieci na silnych, wykształconych i bardzo zdrowych ludzi. Okazało się jednak, że tak jak dzieci zachodniego świata nie poradziłyby sobie w głuszy, tak jego dzieci były kompletnie zagubione w świecie cywilizacji. Bo (tak, to jest imię) był gotowy oświadczyć się nowo poznanej dziewczynie po pocałunku, bo uważał, że tego wymaga dobre wychowanie (efekt? został wyśmiany, a sam, totalnie zagubiony, nie mógł zrozumieć takiej reakcji). Dzieci, zamiast butów Nike'a, skojarzyły boginię zwycięstwa Nike, co wzbudziło żarty i niezrozumienie. Zaja, jako 8-latka, miała większą wiedzę na temat Karty Praw Człowieka dzięki książkom niż 13-latkowie uczęszczający do szkoły, ale z kolei Bo miał pretensje do ojca, że cały świat znają jedynie z książek, ale nie wiedzą nic o kontaktach z ludźmi. Czy rzeczywiście Ben postąpił słusznie, wychowując dzieci w duchu antyglobalistycznej rzeczywistości?
Tu znów opinie będą podzielone - nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Osobiście jestem wielką fanką takiego myślenia i rozwiązań przyjętych przez Bena (poza zabijaniem zwierząt; myślę, że w takich warunkach zostałabym wegetarianką). Jego dzieci były dużo inteligentniejsze, dużo bardziej oczytane od ich rówieśników; również dużo bardziej wysportowane - w kontraście do otyłych Amerykanów. Potrafiły korzystać z darów natury zamiast ją zabijać, zachowywać równowagę między dawaniem i braniem oraz nie poddawać się materialistycznym rządzom. W zasadzie widzę niewiele wad takiego wychowania. Mimo wszystko mam jedno "ale": Ben miał prawo do takiego życia. Ale nie powinien narzucać go swoim dzieciom.
To dosyć prosta kwestia. Zdecydował się na życie poza systemem i znalazł partnerkę, która na to przystała - i to jest w porządku. Ale dzieci? Dzieci nigdy nie mają żadnego wyboru, bo w pojęciu ogólnym (poza np. skandynawskimi wyjątkami) są własnością rodziców. Nikt ich nie pyta, w jakim świecie chcą dorastać, bo są za małe, by móc odpowiedzieć na to pytanie. Decyduje się za nich. I choć postawa tych dzieci jasno wskazuje, że są szczęśliwe u boku Bena, to w pierwszym kontraście ze światem cywilizacji narzuca się myśl, że dosyć sporo im odebrał - chociażby dorastanie w grupie rówieśników. Życie poza systemem to coś, na co można się zdecydować niemal w każdej chwili; mógł więc poczekać, aż dorosną i dać im tę szansę. Ponieważ jednak sam żył w głuszy, nie było innej możliwości opieki nad dziećmi, jak zatrzymać ich przy sobie. Nie jest to więc prosta decyzja; ale tak skrajne odizolowanie dzieci od świata cywilizacji mogłoby nieść ze sobą ryzyko niezdolności do przystosowania się do świata. Wówczas musieli pozostać głuszy nie z wyboru, a z konieczności.
Jednak sam styl życia jest tym, czego brakuje mi w naszym świecie. System edukacji wkłada nam do głowy bzdury, zamiast uczyć życia. Niszczą planetę, by uczyć nas pustych frazesów na temat tego, jak o nią dbać. Wpychają nas w świat korporacji, oferując liczniejsze korzyści od tych, które pojawiają się w przypadku prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Podają nam produkty wypełnione cukrem, spulchniaczami i barwnikami, zamiast dostarczać substancji odżywczych. Wkładają nam do głowy propagandowe spoty zamiast nauczyć politycznego myślenia. Oplatają nas siecią systemów religijnych, które służą nauce posłuszeństwa bez stymulacji indywidualnego myślenia. Wysyłają na wojnę w obronie kraju zamiast zaoferować pokój.
Nie zgadzam się z tak wieloma rzeczami, które ludzie robią na tym świecie, że z chęcią spróbowałabym życia, jakie prowadzi Ben. Jednocześnie nie mogłabym tego zrobić, bo tylu ludzi potrzebuje pomocy, że nie mogłabym żyć na własny rachunek i zostawić ich bez opieki. Nie oceniam; jeżeli ktoś woli wyjechać i pracować nad sobą to również dobrze, bo to kolejna osoba więcej, która czuje się szczęśliwa. A skoro oceniamy człowieka po intencjach, nie po czynach, to w takim razie: Ben, jesteś wspaniałym człowiekiem.
Prawdopodobnie nie ma idealnego rozwiązania ani złotego środka. Ale wiecie co? Może wcale nie musi istnieć. Skoro każdy człowiek jest inny, to prawdopodobnie każdy ma inną ścieżkę do własnego szczęścia. Gdybyśmy wszyscy szli jedną drogą, to szansa na zadowolenie wszystkich jest równa zeru. Kiedy zaś każdy z nas szuka po swojemu, ta szansa wrasta - i to jest myśl, którą powinniśmy się kierować.
Dziękuję za cierpliwość i wytrwałość w lekturze. Teraz myślę, że ten wpis jest wstępem do kolejnych - ale o tym innym razem. Dziś życzę Wam siły, wiary w swoje przekonania i odwagi w ich wdrażaniu. Nie bójmy się myśleć samodzielnie i wyrażać opinię. Mieć swoje zdanie to odwaga, ale być otwartym i umieć je zmieniać - to mądrość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz