piątek, 12 lipca 2019

Psychoanaliza Stanisława Wokulskiego

Witam serdecznie!

Dziś zajmiemy się rozebraniem postaci Stanisława Wokulskiego na czynniki pierwsze zgodnie z moimi kryteriami oceny bohatera. Zdecydowałam się na taki luźny temat, ponieważ po stosunkowo długiej przerwie muszę na nowo przypomnieć sobie konwencję, w której prowadziłam tego bloga i poczuć ją na nowo - a może nawet i ulepszyć.

Zaczniemy od standardowego pytania, które zawsze pojawia się w szkole przy omawianiu jego postaci: pozytywista czy romantyk? Gdy osobiście miałam okazję dokonać dokładnej analizy charakteru Wokulskiego oraz odpowiedzieć na to pytanie, poczułam, że coś jest nie w porządku. Nie ja jedna doszłam do wniosku, że Stanisław posiada cechy odnoszące się do myśli przewodnich obu epok. Gdzie więc leżał błąd? Wówczas doszłam do wniosku, że w samym źródle - w postawionym pytaniu.

Partykuła "czy" w pierwszym odruchu wymusza na odbiorcy dokonanie konkretnego wyboru - szczególnie w rozprawce, gdzie surowy szablon nie pozwala na głębsze wywody filozoficzne. Oczywiście po dłuższym namyśle możemy dojść do wniosku, że odpowiedź na pytanie "pozytywista czy romantyk?" może brzmieć: i taki, i taki. A ponieważ to właśnie ta wersja najbardziej odpowiada charakterowi Wokulskiego, wówczas całe pytanie przestaje mieć sens, jeżeli dokonanie sugerowanego wyboru (a więc albo pozytywista, albo romantyk) staje się oczywistym błędem. Ale zbaczam z tematu :)

Nie podoba mi się samo rozpatrywanie osoby Stanisława Wokulskiego w granicach tych dwóch określeń, zupełnie jakby to epoka określała człowieka - podczas gdy jest dokładnie na odwrót. Dlatego też postaram się wziąć pod uwagę inne czynniki, być może bardziej uniwersalne, które miały wpływ na kształtowanie się jego charakteru. Może wtedy Wokulski stanie się kimś więcej niż tylko naiwnie zakochanym, starym kupcem.

Zacznijmy od jego pochodzenia. Jako młody człowiek wychowujący się jedynie z ojcem nie miał żadnej okazji, aby zaznać matczynej miłości, która charakteryzuje się bezinteresownym ciepłem i miłością. Stąd też nic dziwnego, że po raz pierwszy w swoim życiu zakochał dopiero w wieku czterdziestu pięciu lat. Już na samym początku zabrakło w jego życiu kobiety, która pokazałaby mu schemat działania rozumu czy zachowania kobiecej psychiki. Nie zaznał uczucia bycia kochanym przez kogokolwiek w swoim życiu, a taki człowiek z pewnością napotka więcej trudności na swojej dalszej drodze. Rzekłabym więc, że już na starcie okazało się, że nie będzie miał łatwego życia.

Jakby to nie wystarczyło, kwestia jego pochodzenia również stanowiła drażliwy temat. Jego ojciec bardzo długo starał się o uzyskanie papierów zaświadczających ich szlacheckie pochodzenie. Być może nie miałoby to tak dużego wpływu na syna, gdyby nie fakt, że Wokulski, pracując u Hopfera, musiał pożyczać mu pieniądze na cały proces. W rezultacie ojciec nie dawał mu spokoju, a przy tym Staś musiał zarabiać na życie w uwłaczający według niego sposób - jako kelner w winiarni. Sfrustrowany, z niskim poczuciem wartości młody mężczyzna musiał znosić docinki "kolegów", którzy jako klienci lokalu nie pozostawiali na nim suchej nitki. W takiej sytuacji łatwo o kryzys psychiczny.

Chyba że człowiek znajdzie odskocznię od świata. I Wokulski ją znalazł - a była to nauka.

Jego największa pasja, dzięki której po godzinach pracy mógł zaszyć się gdzieś w piwnicy i zapomnieć o przykrym świecie. Całe życie marzył o wynalezieniu perpetuum mobile, która zrewolucjonizowałaby ówczesny świat nauki. Jako pasjonat nauk przyrodniczych siedział po nocach i czytał książki lub konstruował własne machiny. W sercu młodego człowieka odezwało się życie, co poskutkowało powstaniu ogromnego marzenia - a było nim pójście na studia.

Jak wiadomo, nie było to takie proste. Co prawda zarabiał u Hopfera, ale biorąc pod uwagę, że nie była to wygórowana pensja, a do tego ojciec wciąż pożyczał od niego pieniądze na proces, praktycznie nie było takiej możliwości. I przez długi czas przesiadywał w piwnicy, przeświadczony, że stare podręczniki i własna praktyka to wszystko, na co może sobie pozwolić. I właśnie w tym momencie życie postanowiło udowodnić mu, że nie ma racji.

Pewnego dnia do winiarni u Hopfera wkroczył rodowity Warszawiak, były żołnierz i idealista, którego ten świat nigdy w pełni nie docenił. Interesując się polityką, wiązał z nią ogromne nadzieje, obserwując uważnie każdy ruch Napoleona III. Pojawiwszy się w lokalu, aby spędzić miło czas, usłyszał o młodym Wokulskim i postanowił poznać go osobiście.

Niedługo potem Ignacy Rzecki przygarnął Stanisława pod swoje skrzydła.

Był kilka lat starszy od Wokulskiego, ale wiek nie przeszkodził im w zbudowaniu wielkiej, prawdziwej przyjaźni. Wręcz przeciwnie - okoliczności zewnętrzne bardzo szybko pomogły im zawiązać silną więź. Ignacy pozwolił Stasiowi zamieszkać u siebie w czasie, gdy ten, wsparty przez kolegów będących pod wrażeniem jego wiedzy, postanowił zaryzykować i podjąć studia. Przeszedł przez okres Szkoły Przygotowawczej i ostatecznie dostał się do Szkoły Głównej, która była odpowiednikiem naszego uniwersytetu w czasach zaborów.

Ten okres był ważną stacją w życiu Wokulskiego. Po wczesnych latach, kiedy przepełniał go wstyd, żal i frustracja nagle jego życie zaczęło się odmieniać. Po pierwsze, spotkał ludzi, którzy zmotywowali go do pójścia na studia, ponieważ nie mogli wyjść z podziwu na widok jego zamiłowania do nauk przyrodniczych. Następnie poznał Ignacego, który postanowił okazać mu serce i wesprzeć w podjęciu nauki. I najważniejsze - właśnie spełnił swoje największe marzenie, czyli poszedł na studia. Uważam to za bardzo udany czas w jego życiu, który pomógł mu zbudować pewność siebie i siłę w podejmowaniu kolejnych działań.

Niestety, nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Nastał rok 1863, kiedy wybuchło powstanie styczniowe i cały naród zerwał się do ataku na zaborcę. Na uniwersytecie Wokulski z pewnością widział puste miejsca zwolnione przez studentów, którzy zdecydowali się walczyć. Rozejrzał się dookoła i nie wiedział, co robić. Stanął przed tragicznym wyborem.

Studia czy walka?
Własne szczęście czy wolność ojczyzny?

Nie oczekujmy od ludzi heroizmu, jeśli sami nie potrafilibyśmy się na niego zdobyć. Wokulski z pewnością wahał się w kwestii tego wyboru, szczególnie że wiadomym było, że udział w powstaniu na zawsze przekreśli jego marzenia o studiowaniu. Jeśli zryw narodowy się uda, jako jego członek będzie musiał wziąć udział w odbudowie państwa, a to zajmie niewyobrażalnie dużo czasu. Jeśli natomiast powstanie okaże się klęską, czeka go proces, zesłanie do Rosji i długie życie z dala od Warszawy, którą zna. Dlatego całkowicie rozumiem jego wątpliwości.

Uważam też, że jego wahanie tylko uszlachetnia decyzję, jaką podjął. A postanowił oczywiście walczyć za Polskę, to nie powinno ulegać żadnej wątpliwości. Zrezygnował z własnych pragnień na rzecz ojczyzny, w której się wychował. To wielka decyzja i będę ją podkreślać, ponieważ z punktu widzenia jednostki była ogromnym poświęceniem, a mówienie, że "wszyscy szli walczyć" jest tylko zwykłym generalizowaniem. Każdy musiał wiele oddać w czasie powstania.

Niestety powstanie po blisko roku czasu upadło, a Stanisław Wokulski śladem wielu powstańców został zesłany do Rosji. Miał świadomość wielkiej klęski - zarówno narodowej, jak i osobistej. Zrezygnował z własnych pragnień w imię walki, w rezultacie nie odzyskując ani wolności, ani poświęconych marzeń. Utknął w Rosji, na terenie zaborcy, mając dwa wyjścia: odpuścić, zachować bierność i czekać na to, co przyniesie życie lub wziąć sprawy we własne ręce i organizować swoje życie tak, jak zawsze o tym marzył, ale na miarę tutejszych możliwości. Postanowił wyprzeć pamięć o powstaniu, by emocje nie przeszkadzały mu w osiąganiu celu i zdecydował się prowadzić własne badania przyrodnicze tutaj, w Rosji. Poznał wielu znamienitych uczonych, od których mógł dowiedzieć się naprawdę wiele - i tak rozpoczął swoją pracę. 

Fakt, że jego badania szybko przyniosły efekty, świadczy o tym, że rzeczywiście stworzony był do tego, co robił. Nigdy nie ukończył Szkoły Głównej, ale dzięki naukowcom rosyjskim został doceniony i otrzymał nawet dyplom prosto z Petersburga za pozytywne wyniki swoich badań (bodajże z dziedziny geologii). To dobry moment, by zaznaczyć, że nie osiągnąłby tego, gdyby nie podniósł się po porażce powstania styczniowego. Wielu walczących zamykało się w swoim własnym świecie i koncentrowało na przetrwaniu - jak choćby Benedykt Korczyński z powieści "Nad Niemnem". Postanowił docenić fakt, że przeżył i chociaż obrał niezdrowy dla psychiki sposób, jakim jest wyparcie, przynajmniej podjął się próby ułożenia sobie życia na nowo. Aby pokonać traumę, poszedł w kierunku swojej pasji do nauk przyrodniczych i tam na nowo odnalazł siebie. Jego zraniona duma i stłamszona rozpacz zmusiła go do przekonania, że drugi raz nie podjąłby się udziału w powstaniu. Czynnik ludzki jest bardzo zmienny.

Bolesław Prus pisał "Lalkę" w drugiej połowie XIX wieku, zatem ówczesny wzór mężczyzny był stosunkowo łatwy do rozszyfrowania: silny, honorowy, opanowany i wierzący. Nie powinniśmy jednak zapominać o tym, że skoro kobiety tak bardzo walczą o równouprawnienie, to powinny mieć takie same prawa polityczne, osobiste i ekonomiczne, a mężczyźni prawa do uczuć i emocji, które płeć żeńska z taką łatwością okazuje. Przez setki lat kobieta była "tą gorszą", a mężczyzna miał być silny i nigdy nie okazywać uczuć. Podobno miał prawo płakać jedynie na pogrzebie własnej matki. Tak czy inaczej zasady ustalone przez człowieka nigdy nie zmienią praw natury, a te mówią wyraźnie, że każdy człowiek ma prawo do okazywania uczuć i emocji.

I prawda jest taka, że Wokulskiego załamał upadek powstania. Gdyby nie wierzył w nie tak mocno, jak to robił, nie odważyłby się poświęcić swoich marzeń, ani tym bardziej nie czułby się później taki pokonany. Tymczasem jego ideały upadły, a on został na tym świecie z możliwie najgorszym spełniającym się scenariuszem. Nie musiałby się tego wypierać, gdyby nie dotknęło go to w wyraźny sposób. Wspominam o tym dlatego, że nie mógł tego zrobić Bolesław Prus, który - chcąc wykreować charyzmatycznego i zarazem naiwnego mężczyznę - nie mógł posłużyć się tak bezpośrednimi środkami. Nie umniejsza to jednak uczuciowości Wokulskiego, szczególnie że później z taką łatwością dał się oczarować Izabeli Łęckiej. Nie był to więc człowiek całkowicie pozbawiony uczuć, a wręcz powiedziałabym, że bardzo wrażliwy.

Ale idźmy dalej. Po siedmiu latach zesłanie się skończyło, a nasz Wokulski mógł wreszcie wrócić do Warszawy. Rozochocony pozytywnym przyjęciem w Rosji zaczął szukać pracy w laboratoriach i ośrodkach naukowych, jako swoje zaplecze pokazując wszystkim dyplom z Petersburga. Niestety, jak możemy się domyślić, nie został zbyt ciepło przyjęty - z trzech powodów. Po pierwsze, na swoim koncie w Polsce miał jedynie pracę w winiarni u Hopfera, co nijak miało się do pracy naukowej. Po drugie, nie udało mu się nawet ukończyć Szkoły Głównej. I po trzecie - dyplom pochodził z Rosji. Dla Polaków nie miało znaczenia, że podpisali go wybitni badacze, dla nich liczyło się ich pochodzenie - a ci niestety urodzili się na terenie zaborcy. Tak więc prawnie dyplom miał sporą wagę, a w praktyce - żadnej. Wokulski znów został z pustymi rękoma. Z pewnością przeżył kolejny kryzys, skoro siedem lat pracy poszło całkowicie na marne, a on nie miał innego wyjścia, jak poszukać innego zatrudnienia. Dzięki pomocy Rzeckiego podjął pracę u młodego Jana Mincla na Krakowskim Przedmieściu. 

To uznał za swoją kolejną porażkę. Jako człowiek drażliwy na punkcie swojego szlacheckiego pochodzenia z pewnością nie chciał pracować jako kupiec, w zawodzie mieszczaństwa, którego się wypierał. Był to więc kolejny cios w jego i tak już zranione serce. Nie miał jednak innego wyjścia, skoro ścieżka naukowa w Polsce również mu nie wyszła. Przystał więc na taką propozycję, choć godziła ona w jego dumę. Zatrudnił się u Mincla i podejrzewam, że w tym czasie jedynym jasnym punktem jego życia była rozwijająca się przyjaźń z Ignacym. Reszta przypominała ciemną otchłań - brak miłości, spełnienia, wewnętrzne kompleksy. I tak toczyło się jego życie, dopóki właściciel sklepu, Jan Mincel, nie wyzionął ducha.

Wdowa po nim, pani Minclowa, niedługo opłakiwała śmierć męża, co widać po tym, że szybko zaczęła interesować się samym Wokulskim. Wyraźnie dawała mu odczuć, że żywi wobec niego jakieś uczucia. W rezultacie czytelnicy nie musieli czekać zbyt długo na ślub. Jako mąż Minclowej stał się również właścicielem sklepu, w którym jeszcze jakiś czas temu pełnił rolę szeregowego pracownika. Mimo że wciąż pracował jako kupiec, jego pozycja społeczna z pewnością lekko wzrosła.

Ale chwila, moment! Nasz Staś zawarł związek małżeński? Co za radość! Nie jest już całkiem sam; poza Rzeckim ma więc kobietę, na której może się oprzeć. Niestety, z żalem należy stwierdzić, że nie było to małżeństwo z miłości, a z rozsądku. Mimo to nie można powiedzieć o Minclowej złego słowa - ona akurat była głęboko zauroczona Wokulskim. Troszczyła się o niego, była niezwykle zazdrosna i zaborcza, nie bała się okazywać mu swoich uczuć. Tylko ze strony Stanisława nie było żadnej wzajemności. Mimo to uczciwie wypełniał obowiązki męża i nigdy nie zawodził. Towarzyszył Minclowej (a może tak Wokulskiej...?) w czasie wizyt w teatrze, na salonach i spotkaniach towarzyskich. Nie lubił tego, ale poczuwał się do obowiązku i chociaż nigdy jej szczerze nie kochał, nigdy jej też nie zdradził. Gdy ostatecznie zmarła, w mojej opinii z bardzo głupiego powodu (wstrzykiwała sobie substancje, by wyglądać młodziej dla męża i za którymś razem dostała zakażenia), Wokulski zamknął się w sobie i totalnie spochmurniał. Dużo milczał, siedział w samotności i izolował się od innych. Wówczas Rzecki postanowił zrealizować jedyny pomysł, jaki przyszedł mu do głowy - zaproponował wizytę w teatrze. Jeszcze wtedy nie mógł wiedzieć, że to najgorsza rzecz, jaką w życiu zrobił dla Stanisława.

To tam właśnie spotkał Izabelę Łęcką.

Poszedł do teatru, absolutnie nieprzekonany do tego pomysłu, chcąc zrobić jedynie przyjemność swojemu przyjacielowi. Będąc już w środku, podczas spektaklu zauważył siedzącą na balkonie chłodną, niesamowitą piękność, która przyciągnęła jego uwagę od pierwszego spojrzenia. Nie śmiał do niej podejść, ponieważ świadom był różnic społecznych pomiędzy nimi. Podjął jednak decyzję o możliwie najskuteczniejszym sposobie zatarcia owych różnic - za pomocą pieniędzy. Zdecydował się więc wyruszyć na wojnę rosyjsko-turecką, na której starał się dorobić pokaźnego majątku, którym mógłby ująć Izabelę. To mi wygląda na dosyć impulsywną decyzję, ale jak już ustaliliśmy, Wokulski był mocno emocjonalnym człowiekiem, więc może nie powinniśmy się temu aż tak bardzo dziwić. Przekazał Rzeckiemu kontrolę nad sklepem i opuścił swój kraj.

W tym miejscu zaczyna się właśnie akcja "Lalki". Rozpoczyna się przedstawieniem postaci Ignacego, który okazuje się być zorganizowanym, do bólu uporządkowanym miłośnikiem polityki. Oprócz tego, że jest dobrym, lojalnym przyjacielem, prezentuje się również jako dobry zarządca, dzięki któremu sklep podczas (nieostatniej) nieobecności Wokulskiego prosperuje równie dobrze jak za jego pobytu w Warszawie.

Czas szybko mija i Wokulski wraca do miasta - z pokaźną sumą zdobytą na wojnie dzięki dostarczaniu żywności oddziałom rosyjskim. Zatrzymam się tutaj na chwilę, ponieważ to dosyć ciekawa kwestia. Wokulski, który brał udział w powstaniu (poświęcił dla niego swoje marzenia!) przeciwko zaborcy rosyjskiemu nagle zmienił front i postanowił mu pomóc tylko dlatego, że Turcja była mu całkowicie obojętna? A gdzie sabotaż? W czasie II wojny światowej Polacy walczyli pod obcymi banderami z przeświadczeniem, że każde działanie na rzecz okupanta działa na jego niekorzyść. Akcja "Lalki" toczy się co prawda w latach 1878-1879, ale rozumowanie jest dosyć oczywiste. Czy to nie spora sprzeczność ze strony Stanisława?

I tak, i nie. Tak, ponieważ istotnie mógł przyczynić się do klęski Rosjan i odwdzięczyć za powstanie, które zostawiło trwały ślad na jego psychice. Jednak z drugiej strony górę mogło wziąć zobojętnienie spowodowane wyparciem prawdy, o którym już mówiliśmy. Być może czuł się już tak wyzuty z emocji, że nie widział sensu sabotowania kogoś, kto jest tak potężny - a może był tak skoncentrowany na zdobyciu majątku dla Izabeli, że było mu wszystko jedno, w jaki sposób zdobędzie pieniądze? Nie popieram tego myślenia, ale potrafię zrozumieć poziom rezygnacji, jaki mógł opanować Wokulskiego po tylu porażkach, jakich doznał w życiu. Jeżeli jednak był skoncentrowany jedynie na Izabeli, wówczas nie umiem znaleźć dla niego usprawiedliwienia.

Ostatecznie mu się udało; powrócił do Warszawy z pokaźną sumą majątku. Okazało się jednak, że prawdziwa przeprawa czeka go dopiero teraz, ponieważ nie miał pojęcia, że zbliżenie się do tej kobiety zabierze mu tyle myśli i nerwów. Każdego dnia był rozdarty między tym, co wypada, a tym, czego pragnie. Raz czuł się pewny swoich możliwości, innym razem miał wrażenie, że robi z siebie błazna. Najpierw ją ubóstwiał i wielbił, potem nienawidził jej za to, że tak rządzi jego umysłem. Generalnie na pierwszy rzut oka widać, że facet sam nie wiedział, czego tak naprawdę chce (i nie on jeden) :)

Wykupił jej zastawę, chcąc być pośrednim darczyńcą potrzebnych pieniędzy. Odwiedził ją podczas kwestowania w kościele, dając pieniądze na zbiórkę, którą prowadziła z ciotką. Porozumiewał się z panią Meliton, by zawsze być w Łazienkach Królewskich wtedy, gdy Izabela wybierała się na spacery. Wprost wychodził z siebie, by ją spotkać, a gdy już ją widział, nie wiedział, co robić. Jednak mimo to, jak na czterdziestopięcioletniego mężczyznę przystało, udało mu się zachować część klasy, taktu i swojego charakteru. Wchodząc na salony, czuł się obco, potrafił jednak wstać i wyjść, jeżeli miał dość, bądź wyrazić swoje poglądy, jeżeli go o to zapytano. Założył spółkę do handlu z cesarstwem (kolejny aspekt rosyjski) po części dla pieniędzy, po części dlatego, że się na tym znał, ale również dla zaimponowania Izabeli. W czasie spotkań organizacyjnych wykazywał się ogromną wiedzą w tej dziedzinie, czym zdobywał szacunek samej arystokracji. Miał więc poza zakochanym również bardzo inteligentne oblicze, które właściwie bardzo polubiłam. 

Pani Stawska, idealny kontrast dla Izabeli Łęckiej, miał na celu pokazanie wypaczenia Wokulskiego w sferze jego poglądów na temat miłości. Mimo że Rzecki - nawet kosztem własnego szczęścia - wprost wychodził z siebie, aby zeswatać tych dwoje, Stanisław pozostawał nieugięty, odrzucając wszelkie możliwości bliższego związku z panią Stawską. Zauroczył się w kobiecie, która traktowała go z góry jak człowieka niższego sortu, wykorzystywała go, a już z pewnością nie kochała - zamiast w kobiecie, która za odrobinę szczerego uczucia podałaby mu swoje serce na dłoni. Życie jest przewrotne, a serce niemożliwe do skontrolowania, co idealnie pokazuje właśnie ta sytuacja. Nadal jest mi jednak przykro, ponieważ uważam, że Wokulski zdecydowanie zasługuje na miłość, jakiej nigdy nie zaznał.

Nadszedł moment, w którym Wokulski miał serdecznie dość całej sytuacji z Izabelą i chaosu w swojej głowie. Spakował się i wyjechał do Paryża, miasta, które uważał za całkowite przeciwieństwo Warszawy. Możliwe, że przez moment czuł się tam nawet szczęśliwie, bowiem choć przez pierwsze dni czuł się nieco zagubiony, szybko odkrył potencjał tego miasta i otworzył się na nie. W szczególności wtedy, gdy poznał Geista - naukowca idealistę, który wynalazł metal lżejszy od wody, a pragnął odkryć jeszcze inny, lżejszy nawet od powietrza. Stanisław był zdumiony tym osiągnięciem i zapragnął stać się jego częścią. Całkowicie zapomniał o swoim poprzednim życiu w Polsce, angażując się w to, co działo się w Paryżu, do momentu, w którym pisząc do Rzeckiego z taką łatwością napisał o tym, że prawdopodobnie nie wróci już do Warszawy. Uświadomiwszy sobie swój czyn, szybko przerwał pisanie i długo myślał nad tym, w jakim kierunku prowadzą go jego własne działania. 

Podsumujmy to:
Warszawa kojarzyła się Wokulskiemu nieszczęśliwie, ponieważ nie skończył tam Szkoły Głównej, a gdy wrócił do stolicy, każdy pracodawca odrzucał jego rosyjski dyplom, doprowadzając go do tego, że musiał podjąć pracę w znienawidzonym zawodzie. Tam została jego ukochana Izabela, którą na przemian wielbił i nienawidził, a która traktowała go z góry (momentami uważał, że słusznie - zobaczcie, jak pokrętna potrafi być ludzka psychika). Nie czuł się tam spełniony, nie miał nic, co mogłoby wywołać uśmiech na jego twarzy. Nawet Rzecki nie był wystarczającym powodem, by poczuć się choć w części szczęśliwym.

A Paryż? Och, Paryż! Przecież to miasto prezentowało się zupełnie inaczej! Niezniszczone przez walki i powstania, wolne od ucisków i surowych zasad - wolność w czystym wydaniu. To tutaj mógł rozwinąć swoją wiedzę na temat kultury (kiedyś podróże były nieodłącznie związane ze zwiedzaniem), spotkał inspirujących ludzi - chociażby człowieka, który dokonał czegoś, co wydawało się niemożliwe. Móc tutaj osiąść i pomagać mu w pracy (Geist zwrócił się do Wokulskiego z propozycją finansowania jego badań) - to było spełnienie jego marzeń! Toż to praca, której zawsze pragnął!

Mimo to - jak wszyscy dobrze wiemy - Wokulski ostatecznie wrócił do Warszawy. Pojawia się pytanie: dlaczego? Dlaczego wrócił do miejsca, w którym czuł się nieszczęśliwy, skoro mógł zostać w mieście swoich marzeń i rozwijać się w dziedzinach naukowych?

Niestety, nigdy nie uporządkował swoich spraw osobistych - ani w głowie, ani w rzeczywistości. Wokulski wyjechał do Paryża, pragnąć odciąć się od problemów i tak wsiąkł w to miasto, że całkowicie zapomniał o swoich wcześniejszych problemach. Jest to o tyle niezdrowe podejście, że nie przepracował tego, co leżało mu na sercu, a w rezultacie sprawiło, że w sytuacji, gdy sobie o wszystkim przypomniał, rzeczywistość przygniotła go swym wielkim ciężarem. Nie był w stanie racjonalnie zastanowić się nad swoją decyzją. A skąd! Prezesowa Zasławska napisała, że Izabela przebywa w jej posiadłości i czasem pyta o niego - i nagle... Puf! Wokulskiego nie ma już w Paryżu.

Warto jednak nadmienić, że zanim Staś przeczytał ów list, poszedł do Geista z decyzją, że chce tutaj zostać i pomóc mu w badaniach. Spędził ponad kilka godzin w laboratorium, mieszkając odczynniki i bawiąc się w małego chemika tylko po to, by potem usłyszeć od Geista, że Wokulski może wrócić do niego tylko wtedy, gdy nie będzie miał już żadnych niezałatwionych spraw. To go troszkę podłamało. List był kroplą, która przepełniła czarę - na wieść o Izabeli Stanisław wyprowadził się z Paryża jeszcze szybciej niż wcześniej z Warszawy.

Idąc dalej można w skrócie powiedzieć, że rozpoczął się okres, w którym Izabela wysyłała Wokulskiemu subtelne sygnały dotyczące kierunku ich relacji. Oczywiście zadurzony Staś chodził za nią krok w krok i nie mógł jej się oprzeć. Prawda jest jednak taka, że Izabela wcale nie zmieniła zdania. Nie stwierdziła nagle, że była głupia, odrzucając zaloty Stanisława ani że ona kocha go tam samo jak on ją. Nie była wystarczająco inteligentna, żeby na to wpaść. Zwyczajnie dostrzegła, że Wokulski - kupiec i prosty szlachcic - cieszy się powodzeniem u innych kobiet. Obracając się w środowisku arystokracji w Warszawie stał się rozpoznawalny dla tej grupiy społecznej, więc naturalnym skutkiem było to, że ludzie o nim mówili. W rezultacie Izabela co chwilę natykała się na ciche szepty i rozmowy kobiet zachwyconych Stanisławem Wokulskim. Sama nie miała pojęcia o mężczyznach, dlatego wydawało jej się, że skoro inne tak mówią, to może i mają rację. Zaczęła więc zwodzić Wokulskiego coraz bardziej, doprowadzając do momentu, w którym przyjęła nawet jego oświadczyny. Wtedy facet utknął już na amen.

Wspominałam o tym, że Wokulski utknął w tym toksycznym związku ze względu na źle pojmowaną miłość, której nie zaznał od matki w dzieciństwie. Tak wypaczone spojrzenie i pragnienie bycia kochanym doprowadziło do tego, że pozwolił sobą manipulować w każdy możliwy sposób. Nie był głupi - był zwyczajnie zagubiony. Wydawało mu się, że odnalazł swoje miejsce, gdy Izabela przyjęła jego zaręczyny... dopóki nieomal nie zdradziła go w pociągu.

Chociaż ja akurat nazwałabym to zdradą, ponieważ uważam, że nie musi dojść do samego stosunku, by uznać akt za brak uczciwości. To, co Izabela robiła z kawalerem Starskim w zupełności wystarczyło - brutalne obmawianie Wokulskiego za jego plecami, dotyk, niewielki dystans. Jeżeli kobieta kocha swojego wybranka, w życiu nie doprowadzi do tak intymnej sytuacji z innym mężczyzną. Stanisław usłyszał wszystko, zobaczył, co się dzieje i wysiadł w Skierniewicach, rzucając jeszcze w kierunku Starskiego niezrozumiałe dla niego obelgi.

Co ciekawe, Starski z Izabelą rozmawiali w języku angielskim, ponieważ byli przekonani, że Wokulski tego nie zrozumie. W rzeczywistości Izabela nie miała pojęcia, że Staś specjalnie dla niej kilka miesięcy wcześniej nauczył się tego języka, by ona mogła uznać go za bardziej wykształconego oraz by jego osoba wzrosła w jej oczach. W rezultacie za pomocą środka, którym chciał jej zaimponować, dostrzegł jej prawdziwe, dwulicowe oblicze. Ironia losu, prawda?

Tak właśnie działa życie.

Wokulski od samego początku był emocjonalnym człowiekiem (o czym wspominałam na początku), a ta nagła porażka w pierwszej miłości tylko dolała oliwy do ognia. Czuł się zły, zagubiony i zraniony - jak każdy człowiek, którego od początku życia spotykają same nieszczęścia. Niewiele rzeczy w swoim życiu uważał za sukces, a teraz w dodatku uświadomiono mu - był o tym przekonany - że nie jest wart żadnej miłości. Jako uczuciowy i niestabilny emocjonalnie człowiek postanowił położyć się na torach i czekać, aż śmierć po niego przyjdzie. Dzięki Bogu, że nie był dość zdesperowany, by odebrać sobie życie tu i teraz - wówczas Wysocki nie mógłby go już uratować. Widocznie jednak zawładnęły nim taki żal i apatia, że był w stanie tylko biernie czekać na nadjeżdżający pociąg.

Nie wyobrażam sobie, by ktoś w tym momencie był gotów życzyć Wokulskiemu śmierci. Bolesław Prus wykreował go w tej sytuacji na ofiarę, której czytelnik ma współczuć - choć zawsze znajdą się surowi ludzie, którzy ocenią go jako głupiego i naiwnego człowieka. Ja jednak odetchnęłam z ulgą, gdy Wokulski przeżył i postanowił wrócić do Warszawy.

Jednak nawet zraniony do głębi nie był w stanie rzucić się w wir zapomnienia i ramiona innej kobiety. Gdy spotkał się z hrabiną Wąsowską mógł zrobić wiele, by przekonać ją, że nie kocha już Izabeli i jest gotów rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu. Niestety, nie zrobił tego, albowiem wprawiona uwodzicielka bez problemu dostrzegła, że cichy żar miłości wobec młodej Łęckiej wciąż tli się w jego sercu. Zasady miała żelazne - nie uwodzi się mężczyzny zakochanej w innej kobiecie. Koniec, kropka.

W tej sytuacji Wokulski miał dwa wyjścia: wyciągnąć wnioski i stać się silniejszym, mądrzejszym człowiekiem bądź zrezygnować całkowicie i poddać się depresji. Z ogromnym żalem patrzyłam, jak wybiera tę drugą opcję, nawet nie zastanawiając się nad tym, czy istnieje inna droga. I choć zakończenie pozostało otwarte, poddając w wątpliwość to, czy Wokulski przeżył, czy postanowił wysadzić się razem z zamkiem w Zasławiu, niewiele jest miejsca na marzenie o tym, że rzeczywiście zdecydował się zacząć nowe, lepsze życie, na jakie zasługiwał. Zbyt wiele było smutku, zła i depresji w jego czynach przed ostatnim wyjazdem z Warszawy. Zranił swojego najlepszego, ale i jedynego przyjaciela, Ignacego, nie mówiąc mu ani słowa o sprzedaży swojego sklepu młodemu Szlangbaumowi (co pośrednio doprowadziło do jego choroby serca). Rozdał cały swój majątek kilku bliższym osobom, zapisując go w testamencie, który brzmiał niczym wieczne pożegnanie (w końcu w środku swojego życia nikomu nie przychodzi do głowy spisać swój dorobek). Na końcu wyjechał, nie pozostawiając informacji na temat swojego pobytu ani nawet planowanej przyszłości. Tylko Ignacy wierzył w to, że Staś wciąż jest gdzieś tam, na tym świecie i wciąż walczy o swoje życie. Jednak nawet on nie mógł mieć pewności.

Uważam, że nie da się podsumować Wokulskiego jednym zdaniem. Jest tak barwną, tak złożoną i niesamowicie rozbudowaną postacią, że jestem pewna, że i tak nie poruszyłam każdej kwestii jego osobowości. Pozostaje mi jednak oddać mu szacunek za to, kim był i co osiągnął, ponieważ jeśli on nie potrafił tego docenić, my, czytelnicy, zrobimy to za niego. W pewnych sferach życia każdy z nas chciałby być takim Wokulskim i składam ogromny pokłon w kierunku Bolesława Prusa za to, że potrafił zbudować tak interesującą psychologicznie postać literacką.

Stanisław miał dar uczenia się. Pochłaniał wiedzę sprawnie i szybko, kochał ją całym sercem i był gotów poświęcić jej swoje życie. Posiadał również ogromny talent biznesowy w dziedzinie handlu, dzięki któremu dorobił się sporego majątku i rozwinął spółkę, której członkiem chciał być każdy pragnący się liczyć w tej sferze arystokrata. On - szlachcic mający mieszczańską pracę - zdołał sobie wypracować pozycję wśród arystokracji nie dzięki majątkowi, a swojej inteligencji. Nie był obojętny na potrzeby innych - pomógł młodej magdalence i furmanowi Wysockiemu. Nie unikał terenów Powiśla, które były przykładem ogromnej biedy i nędzy ludzkiej; potrafił nawet zastanowić się nad tym, jak poprawić ich los. Choć nie zrobił nic w tym kierunku, przynajmniej nie udawał, że nie widzi tego problemu. Miał swój kręgosłup moralny i nie pozwalał, by wyniosłość arystokracji wzbudziła w nim kompleksy. Uczucia i emocje zmieniają człowieka, ale gdy nie było przy nim Izabeli, był naprawdę charyzmatycznym, inteligentnym mężczyzną.

Mogę tylko rzec, że to bez wątpienia moja ulubiona postać literacka. Dzięki, panie Bolesławie Prusie, że dałeś nam szansę ją poznać. Naprawdę daje nam dużo do myślenia.

Szczególnie na koniec chciałam podkreślić zalety Stanisława Wokulskiego, ponieważ my, ludzie, mamy niezdrową tendencję zauważania samych błędów. Nikt nie zwróci uwagi na to, że na dziesięć rzeczy dziewięć wykonamy dobrze - zawsze przyczepimy się do tej jednej niepoprawnej. Wokulski miał swoje wady - jak każdy z nas - ale nie umniejszają one jego wielkości jako bohatera literackiego. Pamiętajmy, że każdy kij ma dwa końce, a medal swoje dwie strony - i patrzmy uważnie. Bądźmy otwarci. Albowiem pewien człowiek powiedział mi, że patrzeć otwarcie na świat to znaczy patrzeć mądrze. I jest w tym sporo prawdy.

Zostawiam Was z Waszymi refleksjami. Dziękuję za tę szalenie długą lekturę i życzę Wam miłego dnia :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz