Witajcie, kochani!
Dziś zajmiemy się wątkiem historyczno-literackim poruszanym zarówno w szkołach, jak i w internetowych memach. Ludzie układają różne wierszyki na temat tych dwóch poetów, podkreślają ich urazę wobec siebie i żartują z całego wątku wzajemnej niechęci. I choć nie znam być może dokładnej biografii Mickiewicza ani Słowackiego, to dowiedziałam się kilku ciekawych faktów, które chciałabym dziś poruszyć, by uświadomić Wam, że to nie była zwykła rywalizacja o tytuł największego poety epoki. To była walka, która zaczęła się od nich samych.
To może spróbujemy od początku. Adam Mickiewicz urodził się w 1798 roku w Zaosiu, na terenie dzisiejszej Białorusi. Słowacki przyszedł na świat 11 lat później w zupełnie innym mieście - w Krzemieńcu, czyli południowo-wschodniej części II Rzeczypospolitej. Mickiewicz, jako student Uniwersytetu Wileńskiego, razem z Tomaszem Zanem i innymi rówieśnikami współdziałali w Towarzystwie Filomatów, kształcąc swoje zdolności i zdobywając nową wiedzę. Słowacki był sam, mieszkał w zupełnie innym regionie i jeszcze długo nie mógł znaleźć własnej grupy przyjaciół. Nadszedł rok 1823, gdy ówczesny senator carski, Nikołaj Nowosilcow, przybył do Wilna i rozpoczął masowe aresztowania tamtejszej młodzieży. W wyniku procesu Mickiewicz został skazany na zesłanie do Rosji, gdzie przebywał do 1829r. I to właśnie w latach 20. XIX wieku zaczyna się cała historia.
Ze względu na cenzurę rosyjską, Adam Mickiewicz musiał uważnie dobierać tematykę swoich utworów, aby mogły one zostać wydane. Pod wpływem silnych uczuć patriotycznych postanowił napisać "Konrada Wallenroda", którego wydał w 1828r. Aby uniknąć konfliktu z władzami rosyjskimi, umiejscowił akcję w czasach średniowiecza, poruszając kwestię wojen litewsko-krzyżackich. Cenzura dała się na to nabrać i dopuściła utwór do druku. Nie spostrzegła na czas, że Mickiewicz zastosował tutaj maskę historyczną, pod którą krył się przekaz mający podnieść na duchu naród pod zaborami. Cała sytuacja przybrała jednak dość nieoczekiwany obrót, którego raczej nikt się nie spodziewał.
Mamy rok 1828. Polacy znajdują się pod zaborami od 33 lat. Minęło już dość czasu, by rany związane z klęską Napoleona w końcu się zabliźniły, a w Polakach odrodziła się ponowna chęć buntu. I wtedy właśnie, kiedy część z nich po cichu zaczyna myśleć o powstaniu, w ich ręce trafia kolejne dzieło Adama Mickiewicza, wielkiego wieszcza narodu, który swym słowem zawsze potrafi wzniecić głębokie uczucia. I wówczas Polacy zaczynają zaczytywać się w "Konradzie Wallenrodzie", zapoczątkowując ciąg wydarzeń, które odbiją się piętnem nie tylko na ich życiach, ale również na życiorysie samego autora.
Koncepcja Mickiewicza jest prosta: podnieść naród na duchu, pokazując, że zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji, a oprawca nie będzie uciskał nas wiecznie. Naród jednak odbiera ten utwór zgoła inaczej, w taki sposób, że gdyby Mickiewicz o nim wiedział, prawdopodobnie nigdy by go nie wydał. Jednak niczego nie można cofnąć, życie biegnie dalej. I nagle po lekturze naród jest zszokowany - szczególnie jego młoda warstwa, która odebrała utwór jako ukrytą instrukcję politycznych działań mogących przywrócić Polsce niepodległość. Wszyscy dochodzą do wniosku, że utwór usprawiedliwia zdradę, nie można więc siedzieć cicho, tylko ruszać do działania. Rozpoczęto przygotowania do powstania, które wybuchło niecałe dwa lata później.
Brzmi to troszkę, nierealnie, prawda? Mała książka, która nie ma nawet stu stron, doprowadziła do historycznego powstania? Przecież nie wszyscy zaczytywali się w literaturze, szczególnie, że wówczas tworzono jedynie poezję, prozy jako takiej nie było. Wtem wszyscy przeczytali "Konrada Wallenroda" i ruszyli do ataku. A co, czemu nie!
Otóż właśnie nie. Na sprawę musimy spojrzeć trochę szerzej. Wracamy do lat dwudziestych i tego, o czym pisałam wcześniej - rosnącego napięcia, emigracji i coraz silniejszych nacisków carskich. Ten utwór Mickiewicza był jedynie zapałką, która podpaliła piętrzący się stos nieznośnego oczekiwania. Takie powstanie nie mogło wybuchnąć samo z siebie, potrzebne było coś, co, jak to się mówi: "przeważy szalę". I tym czymś był właśnie "Konrad Wallenrod".
Ale spokojnie. Utwór wydano w 1828 roku, a powstanie wybuchło w 1830. W międzyczasie, bo w 1829r. Mickiewiczowi skończył się wyrok, na mocy którego musiał przebywać na zesłaniu w Rosji. Będąc świadomym ukrytego przekazu, jaki zawarł w "Konradzie Wallenrodzie", zaraz po zakończeniu wyroku natychmiast wyjechał z Rosji - i zrobił to w ostatniej chwili. Wówczas bowiem władze rosyjskie znalazły tę maskę historyczną, którą posłużył się poeta i wydały rozkaz złapania Mickiewicza po raz kolejny; na szczęście nasz wieszcz znajdował się już poza granicami zaborcy.
Przebywał w Paryżu, gdy dowiedział się o wybuchu powstania listopadowego. Musicie wiedzieć, że przeżył wówczas szok, ponieważ absolutnie nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń. Nie był głupcem, dodał dwa do dwóch i domyślił się, że "Konrad Wallenrod" stał się iskrą, która zapaliła Polski naród do walki. Nie wiedział, co robić, podczas gdy większość Polaków przebywających w Paryżu zaczęła wyjeżdżać, aby pomóc powstańcom. Sam Adam ostatecznie został w Paryżu. Ta decyzja odbiła się ciężkim piętnem na jego późniejszym życiu.
Aby zachować pozory chronologii, przeskoczymy teraz do Juliusza Słowackiego, młodego chłopaka, który w czasie powstania miał zaledwie 21 lat. Przywiązany do mamy, wrażliwy młodzieniec był niestety bardzo wątłego zdrowia - za to nie brakowało mu ambicji. Wziął udział w powstaniu, choć może nie w taki sposób, jak to sobie dzisiaj wyobrażamy. Nie trzeba było wówczas tylko stać na linii frontu - można było pomagać w inny sposób. Od poety takiego kalibru oczekiwano wsparcia mentalnego, które mógł przekazywać za pomocą swoich utworów. Nim jednak Słowacki zdążył spełnić do końca swoje zadanie, wyjechał z kraju. Nie dlatego, że stchórzył. Jego przyjaciele i wyżsi dowódcy widzieli jego patriotyczne oddanie i stwierdzili, że nie mogą pozwolić zginąć tak wielkiemu poecie, szczególnie o tak słabym zdrowiu. Wiedząc, że Juliusz nie wyjedzie z kraju tylko po to, by chronić własne życie, wymyślili mu misję udania się do Londynu. Ponieważ Słowacki oddany był sprawie, pojechał, a całej intrygi domyślił się dopiero po czasie. W efekcie do końca życia wyrzucał sobie, że nie wziął czynnego udziału w powstaniu listopadowym.
Tymczasem Mickiewicz w końcu doszedł do wniosku, że nie może wiecznie ukrywać się w Paryżu, szczególnie że ludzie z pewnością oczekiwali od niego wsparcia i wiary w zwycięstwo. Ruszył do Polski (przejeżdżając m.in. przez Wielkopolskę, co dało mu później sporo materiałów do napisania "Pana Tadeusza"), lecz kiedy w końcu tam dotarł, okazało się, że powstańcy wracają już z boju, pokonani. Rozemocjonowany Mickiewicz pod wpływem emocji zarzucił im brak waleczności i wiary do samego końca. Już zanim został za to skrytykowany, sam sobie uświadomił, że w gruncie rzeczy nie ma prawa wygłaszać takich osądów, skoro sam w ogóle nie wziął udziału w powstaniu. Ta świadomość dobiła go bardzo mocno, obarczając depresją, z którą zmagał się do końca życia. Nie mógł sobie wybaczyć tego, że najpierw w pewnym stopniu sprowokował powstanie, a później zostawił swój naród bez żadnego wsparcia, choć to była największa rzecz, jakiej się po nim spodziewano. Jako wieszcz narodowy zawiódł wszystkich Polaków.
W międzyczasie Słowacki, dowiedziawszy się o upadku powstania, wyjechał z Londynu i ropoczął swoją podróż po Europie. Zaczął od Francji, w której nie przebywał zbyt długo, bo już w 1832 ruszył dalej, do Szwajcarii. Dlaczego jednak nie osiadł w Paryżu, gdzie znajdowało się duże ognisko polskich emigrantów, podzielających jego ból i rozczarowanie, z którymi mógłby się zjednoczyć i poczuć choćby namiastkę zjednoczonej polskości?
Tutaj właśnie docieramy do sedna sprawy. Opowiedziałam Wam po krótce historię obu panów, ponieważ uważam, że jest bardzo ciekawa, warto ją znać i wyjaśnia podstawy wielkiego konfliktu. Teraz troszkę o samej relacji między poetami.
Jak pewnie część z Was wie, paradoksalnie ośrodki emigracyjne we Francji zamiast jednoczyć Polaków, tylko bardziej ich dzieliły. Ponura atmosfera, odmienność poglądów i odrzucenie ze strony Francuzów spowodowały ogromne napięcie między Polakami. Nie byli oni w stanie ze sobą rozmawiać, zamiast tego popadali coraz głębiej w podziały i konflikty. Sama więc atmosfera w Paryżu nie zachęcała Słowackiego do osiedlenia się w mieście. Gdzie tymczasem przebywał Mickiewicz? Otóż dokładnie w tym samym miejscu. Jednak panowie w tamtym czasie już mocno się nie lubili (o czym jeszcze później), co obecna sytuacja jedynie podsyciła. Mickiewicz, załamany zarówno wybuchem, jak i upadkiem powstania, nie radził sobie wewnętrznie sam ze sobą - co nie znaczy, że nie miał przyjaciół. Duża część polskich emigrantów w Paryżu skupiała się właśnie wokół niego. Ponieważ jednak miał on więcej wyrzutów do Słowackiego niż Juliusz do niego, nastawił swoje liczne grono przeciwko młodemu poecie, na skutek czego młodszy poeta był często szykanowany, krytykowany i nielubiany. Otwarcie dawano mu do zrozumienia, że nie jest tutaj mile widziany.
Słowacki nie zdążył poznać innych Polaków ani tym bardziej się z nimi zaprzyjaźnić, ponieważ jako człowiek młodszy o 11 lat od Mickiewicza, zwyczajnie przyjechał za późno. Gdy pojawił się w Paryżu, Adam zdążył już rozpowiedzieć niemiłe plotki na jego temat. Jako jeden z młodszych emigrantów, Słowacki czuł się odrzucony i bardzo szybko wyjechał z Paryża. Jedną z pozytywnych kwestii jego wyjazdu był fakt, że będąc w Rzymie, zaprzyjaźnił się z Zygmuntem Krasińskim.
No dobrze, ale dlaczego Mickiewicz nie lubił Słowackiego? Wiadomo, że kiedy ktoś nas nie lubi, szybko sami odpowiadamy niechęcią, ale śledząc historię tych dwóch poetów odniosłam wrażenie, że to Mickiewicz pierwszy zapałał do Słowackiego niechęcią i wraz z upływem czasu tylko ją podsycał. Przyczyny, według mnie, są w tym przypadku głównie natury psychologicznej. Mickiewicz już w bardzo młodym wieku otrzymał miano wielkiego poety narodowego i z dumą spełniał swoje zadanie. Z pewnością jego wielbiciele podsuwali również stwierdzenia, że tak wspaniałego poety Polska jeszcze nigdy nie miała. To działa na ambicję. Mickiewicz, jako romantyk, był bardziej dumny niż skromny, dlatego takie pochwały tylko dodawały mu skrzydeł. Największy poeta w historii Polski! Co za tytuł!
I wtedy na scenie literackiej pojawia się Słowacki, który okazuje się nad wyraz zdolny i niesamowity, do tego równie mocno przekonany o swojej wielkości. To oczywiste: tylko wielki geniusz pokroju Mickiewicza potrafi rozpoznać dorównujący mu talent. Dlatego trudno się dziwić, że wściekał się z powodu tego, że akurat w tej samej chwili Polska wydała na świat aż dwóch wielkich poetów. Złośliwość losu? Tego nie możemy ustalić, ale z pewnością był to ogromny cios dla wielkiej dumy Mickiewicza. Podobno Mickiewicz nie odmawiał sobie alkoholu, a wówczas - ale tylko pod jego wpływem - zdradzał, że według niego geniusz Słowackiego rzeczywiście dorównuje jego geniuszowi. Następnego dnia, gdy ból głowy już mu przeszedł, oczywiście wszystkiego się wypierał.
A więc mamy: urażona duma. Dodatkowo obiło mi się o uszy, że Mickiewicz miał kiedyś zatarg z ojczymem Słowackiego, doktorem Becú, który kolaborował z Rosjanami. Nie pomógł fakt, że Adaś, pisząc "Dziady cz.III" wykreował postać Doktora - Polaka współpracującego z Senatorem Nowosilcowem, zdradzającego własną ojczyznę - którego pierwowzorem był właśnie pan Becú.
Trzecią sprawą jest depresja, która dopadła Mickiewicza w związku z reakcją społeczeństwa na "Konrada Wallenroda", wybuchem powstania i jego upadkiem. Mickiewicz aż do końca swoich dni nie mógł przeboleć własnej postawy wobec zaistniałych wydarzeń i rozczarowania Polaków. Nie podniósł go na duchu nawet fakt, że "Pan Tadeusz" wydany w 1834r. został okrzyknięty epopeją narodową. Poeta był już zdecydowanie w zbyt fatalnym stanie, by choćby pomyśleć sobie (co przecież było w jego stylu), że Słowacki nie ma tak wielkiego dzieła na swoim koncie. Był już po prostu zbyt załamany.
Świadczy o tym fakt, że "Pan Tadeusz" jest utworem o polskiej kulturze szlacheckiej, w której dodatkowo występuje ksiądz Robak - postać odromantyczniona, a więc pozbawiona cech romantycznych. Mimo iż utwór miał być po prostu ucieczką do szczęśliwego świata szlacheckiego, posiada w sobie wiele elementów, które świadczą o tym, że Mickiewicz przestał wierzyć w idee romantyzmu - jak choćby pokora księdza Robaka, brak typowych motywów romantycznych i realne podejście do życia poprzez ukazanie przełomu dwóch różnych pokoleń.
Niestety, ale kolejne lata życia poety tylko potwierdzają głębię jego fatalnego stanu psychicznego. Wciąż pisał, lecz wydawał coraz mniej utworów. Błędy przeszłości doprowadziły go na sam skraj - do takiego miejsca, w którym nie pozostało mu podsumować życia w inny sposób, jak tylko ten ukazany w wierszu "[Polały się łzy..."]:
Dziś zajmiemy się wątkiem historyczno-literackim poruszanym zarówno w szkołach, jak i w internetowych memach. Ludzie układają różne wierszyki na temat tych dwóch poetów, podkreślają ich urazę wobec siebie i żartują z całego wątku wzajemnej niechęci. I choć nie znam być może dokładnej biografii Mickiewicza ani Słowackiego, to dowiedziałam się kilku ciekawych faktów, które chciałabym dziś poruszyć, by uświadomić Wam, że to nie była zwykła rywalizacja o tytuł największego poety epoki. To była walka, która zaczęła się od nich samych.
To może spróbujemy od początku. Adam Mickiewicz urodził się w 1798 roku w Zaosiu, na terenie dzisiejszej Białorusi. Słowacki przyszedł na świat 11 lat później w zupełnie innym mieście - w Krzemieńcu, czyli południowo-wschodniej części II Rzeczypospolitej. Mickiewicz, jako student Uniwersytetu Wileńskiego, razem z Tomaszem Zanem i innymi rówieśnikami współdziałali w Towarzystwie Filomatów, kształcąc swoje zdolności i zdobywając nową wiedzę. Słowacki był sam, mieszkał w zupełnie innym regionie i jeszcze długo nie mógł znaleźć własnej grupy przyjaciół. Nadszedł rok 1823, gdy ówczesny senator carski, Nikołaj Nowosilcow, przybył do Wilna i rozpoczął masowe aresztowania tamtejszej młodzieży. W wyniku procesu Mickiewicz został skazany na zesłanie do Rosji, gdzie przebywał do 1829r. I to właśnie w latach 20. XIX wieku zaczyna się cała historia.
Ze względu na cenzurę rosyjską, Adam Mickiewicz musiał uważnie dobierać tematykę swoich utworów, aby mogły one zostać wydane. Pod wpływem silnych uczuć patriotycznych postanowił napisać "Konrada Wallenroda", którego wydał w 1828r. Aby uniknąć konfliktu z władzami rosyjskimi, umiejscowił akcję w czasach średniowiecza, poruszając kwestię wojen litewsko-krzyżackich. Cenzura dała się na to nabrać i dopuściła utwór do druku. Nie spostrzegła na czas, że Mickiewicz zastosował tutaj maskę historyczną, pod którą krył się przekaz mający podnieść na duchu naród pod zaborami. Cała sytuacja przybrała jednak dość nieoczekiwany obrót, którego raczej nikt się nie spodziewał.
Mamy rok 1828. Polacy znajdują się pod zaborami od 33 lat. Minęło już dość czasu, by rany związane z klęską Napoleona w końcu się zabliźniły, a w Polakach odrodziła się ponowna chęć buntu. I wtedy właśnie, kiedy część z nich po cichu zaczyna myśleć o powstaniu, w ich ręce trafia kolejne dzieło Adama Mickiewicza, wielkiego wieszcza narodu, który swym słowem zawsze potrafi wzniecić głębokie uczucia. I wówczas Polacy zaczynają zaczytywać się w "Konradzie Wallenrodzie", zapoczątkowując ciąg wydarzeń, które odbiją się piętnem nie tylko na ich życiach, ale również na życiorysie samego autora.
Koncepcja Mickiewicza jest prosta: podnieść naród na duchu, pokazując, że zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji, a oprawca nie będzie uciskał nas wiecznie. Naród jednak odbiera ten utwór zgoła inaczej, w taki sposób, że gdyby Mickiewicz o nim wiedział, prawdopodobnie nigdy by go nie wydał. Jednak niczego nie można cofnąć, życie biegnie dalej. I nagle po lekturze naród jest zszokowany - szczególnie jego młoda warstwa, która odebrała utwór jako ukrytą instrukcję politycznych działań mogących przywrócić Polsce niepodległość. Wszyscy dochodzą do wniosku, że utwór usprawiedliwia zdradę, nie można więc siedzieć cicho, tylko ruszać do działania. Rozpoczęto przygotowania do powstania, które wybuchło niecałe dwa lata później.
Brzmi to troszkę, nierealnie, prawda? Mała książka, która nie ma nawet stu stron, doprowadziła do historycznego powstania? Przecież nie wszyscy zaczytywali się w literaturze, szczególnie, że wówczas tworzono jedynie poezję, prozy jako takiej nie było. Wtem wszyscy przeczytali "Konrada Wallenroda" i ruszyli do ataku. A co, czemu nie!
Otóż właśnie nie. Na sprawę musimy spojrzeć trochę szerzej. Wracamy do lat dwudziestych i tego, o czym pisałam wcześniej - rosnącego napięcia, emigracji i coraz silniejszych nacisków carskich. Ten utwór Mickiewicza był jedynie zapałką, która podpaliła piętrzący się stos nieznośnego oczekiwania. Takie powstanie nie mogło wybuchnąć samo z siebie, potrzebne było coś, co, jak to się mówi: "przeważy szalę". I tym czymś był właśnie "Konrad Wallenrod".
Ale spokojnie. Utwór wydano w 1828 roku, a powstanie wybuchło w 1830. W międzyczasie, bo w 1829r. Mickiewiczowi skończył się wyrok, na mocy którego musiał przebywać na zesłaniu w Rosji. Będąc świadomym ukrytego przekazu, jaki zawarł w "Konradzie Wallenrodzie", zaraz po zakończeniu wyroku natychmiast wyjechał z Rosji - i zrobił to w ostatniej chwili. Wówczas bowiem władze rosyjskie znalazły tę maskę historyczną, którą posłużył się poeta i wydały rozkaz złapania Mickiewicza po raz kolejny; na szczęście nasz wieszcz znajdował się już poza granicami zaborcy.
Przebywał w Paryżu, gdy dowiedział się o wybuchu powstania listopadowego. Musicie wiedzieć, że przeżył wówczas szok, ponieważ absolutnie nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń. Nie był głupcem, dodał dwa do dwóch i domyślił się, że "Konrad Wallenrod" stał się iskrą, która zapaliła Polski naród do walki. Nie wiedział, co robić, podczas gdy większość Polaków przebywających w Paryżu zaczęła wyjeżdżać, aby pomóc powstańcom. Sam Adam ostatecznie został w Paryżu. Ta decyzja odbiła się ciężkim piętnem na jego późniejszym życiu.
Aby zachować pozory chronologii, przeskoczymy teraz do Juliusza Słowackiego, młodego chłopaka, który w czasie powstania miał zaledwie 21 lat. Przywiązany do mamy, wrażliwy młodzieniec był niestety bardzo wątłego zdrowia - za to nie brakowało mu ambicji. Wziął udział w powstaniu, choć może nie w taki sposób, jak to sobie dzisiaj wyobrażamy. Nie trzeba było wówczas tylko stać na linii frontu - można było pomagać w inny sposób. Od poety takiego kalibru oczekiwano wsparcia mentalnego, które mógł przekazywać za pomocą swoich utworów. Nim jednak Słowacki zdążył spełnić do końca swoje zadanie, wyjechał z kraju. Nie dlatego, że stchórzył. Jego przyjaciele i wyżsi dowódcy widzieli jego patriotyczne oddanie i stwierdzili, że nie mogą pozwolić zginąć tak wielkiemu poecie, szczególnie o tak słabym zdrowiu. Wiedząc, że Juliusz nie wyjedzie z kraju tylko po to, by chronić własne życie, wymyślili mu misję udania się do Londynu. Ponieważ Słowacki oddany był sprawie, pojechał, a całej intrygi domyślił się dopiero po czasie. W efekcie do końca życia wyrzucał sobie, że nie wziął czynnego udziału w powstaniu listopadowym.
Tymczasem Mickiewicz w końcu doszedł do wniosku, że nie może wiecznie ukrywać się w Paryżu, szczególnie że ludzie z pewnością oczekiwali od niego wsparcia i wiary w zwycięstwo. Ruszył do Polski (przejeżdżając m.in. przez Wielkopolskę, co dało mu później sporo materiałów do napisania "Pana Tadeusza"), lecz kiedy w końcu tam dotarł, okazało się, że powstańcy wracają już z boju, pokonani. Rozemocjonowany Mickiewicz pod wpływem emocji zarzucił im brak waleczności i wiary do samego końca. Już zanim został za to skrytykowany, sam sobie uświadomił, że w gruncie rzeczy nie ma prawa wygłaszać takich osądów, skoro sam w ogóle nie wziął udziału w powstaniu. Ta świadomość dobiła go bardzo mocno, obarczając depresją, z którą zmagał się do końca życia. Nie mógł sobie wybaczyć tego, że najpierw w pewnym stopniu sprowokował powstanie, a później zostawił swój naród bez żadnego wsparcia, choć to była największa rzecz, jakiej się po nim spodziewano. Jako wieszcz narodowy zawiódł wszystkich Polaków.
W międzyczasie Słowacki, dowiedziawszy się o upadku powstania, wyjechał z Londynu i ropoczął swoją podróż po Europie. Zaczął od Francji, w której nie przebywał zbyt długo, bo już w 1832 ruszył dalej, do Szwajcarii. Dlaczego jednak nie osiadł w Paryżu, gdzie znajdowało się duże ognisko polskich emigrantów, podzielających jego ból i rozczarowanie, z którymi mógłby się zjednoczyć i poczuć choćby namiastkę zjednoczonej polskości?
Tutaj właśnie docieramy do sedna sprawy. Opowiedziałam Wam po krótce historię obu panów, ponieważ uważam, że jest bardzo ciekawa, warto ją znać i wyjaśnia podstawy wielkiego konfliktu. Teraz troszkę o samej relacji między poetami.
Jak pewnie część z Was wie, paradoksalnie ośrodki emigracyjne we Francji zamiast jednoczyć Polaków, tylko bardziej ich dzieliły. Ponura atmosfera, odmienność poglądów i odrzucenie ze strony Francuzów spowodowały ogromne napięcie między Polakami. Nie byli oni w stanie ze sobą rozmawiać, zamiast tego popadali coraz głębiej w podziały i konflikty. Sama więc atmosfera w Paryżu nie zachęcała Słowackiego do osiedlenia się w mieście. Gdzie tymczasem przebywał Mickiewicz? Otóż dokładnie w tym samym miejscu. Jednak panowie w tamtym czasie już mocno się nie lubili (o czym jeszcze później), co obecna sytuacja jedynie podsyciła. Mickiewicz, załamany zarówno wybuchem, jak i upadkiem powstania, nie radził sobie wewnętrznie sam ze sobą - co nie znaczy, że nie miał przyjaciół. Duża część polskich emigrantów w Paryżu skupiała się właśnie wokół niego. Ponieważ jednak miał on więcej wyrzutów do Słowackiego niż Juliusz do niego, nastawił swoje liczne grono przeciwko młodemu poecie, na skutek czego młodszy poeta był często szykanowany, krytykowany i nielubiany. Otwarcie dawano mu do zrozumienia, że nie jest tutaj mile widziany.
Słowacki nie zdążył poznać innych Polaków ani tym bardziej się z nimi zaprzyjaźnić, ponieważ jako człowiek młodszy o 11 lat od Mickiewicza, zwyczajnie przyjechał za późno. Gdy pojawił się w Paryżu, Adam zdążył już rozpowiedzieć niemiłe plotki na jego temat. Jako jeden z młodszych emigrantów, Słowacki czuł się odrzucony i bardzo szybko wyjechał z Paryża. Jedną z pozytywnych kwestii jego wyjazdu był fakt, że będąc w Rzymie, zaprzyjaźnił się z Zygmuntem Krasińskim.
No dobrze, ale dlaczego Mickiewicz nie lubił Słowackiego? Wiadomo, że kiedy ktoś nas nie lubi, szybko sami odpowiadamy niechęcią, ale śledząc historię tych dwóch poetów odniosłam wrażenie, że to Mickiewicz pierwszy zapałał do Słowackiego niechęcią i wraz z upływem czasu tylko ją podsycał. Przyczyny, według mnie, są w tym przypadku głównie natury psychologicznej. Mickiewicz już w bardzo młodym wieku otrzymał miano wielkiego poety narodowego i z dumą spełniał swoje zadanie. Z pewnością jego wielbiciele podsuwali również stwierdzenia, że tak wspaniałego poety Polska jeszcze nigdy nie miała. To działa na ambicję. Mickiewicz, jako romantyk, był bardziej dumny niż skromny, dlatego takie pochwały tylko dodawały mu skrzydeł. Największy poeta w historii Polski! Co za tytuł!
I wtedy na scenie literackiej pojawia się Słowacki, który okazuje się nad wyraz zdolny i niesamowity, do tego równie mocno przekonany o swojej wielkości. To oczywiste: tylko wielki geniusz pokroju Mickiewicza potrafi rozpoznać dorównujący mu talent. Dlatego trudno się dziwić, że wściekał się z powodu tego, że akurat w tej samej chwili Polska wydała na świat aż dwóch wielkich poetów. Złośliwość losu? Tego nie możemy ustalić, ale z pewnością był to ogromny cios dla wielkiej dumy Mickiewicza. Podobno Mickiewicz nie odmawiał sobie alkoholu, a wówczas - ale tylko pod jego wpływem - zdradzał, że według niego geniusz Słowackiego rzeczywiście dorównuje jego geniuszowi. Następnego dnia, gdy ból głowy już mu przeszedł, oczywiście wszystkiego się wypierał.
A więc mamy: urażona duma. Dodatkowo obiło mi się o uszy, że Mickiewicz miał kiedyś zatarg z ojczymem Słowackiego, doktorem Becú, który kolaborował z Rosjanami. Nie pomógł fakt, że Adaś, pisząc "Dziady cz.III" wykreował postać Doktora - Polaka współpracującego z Senatorem Nowosilcowem, zdradzającego własną ojczyznę - którego pierwowzorem był właśnie pan Becú.
Trzecią sprawą jest depresja, która dopadła Mickiewicza w związku z reakcją społeczeństwa na "Konrada Wallenroda", wybuchem powstania i jego upadkiem. Mickiewicz aż do końca swoich dni nie mógł przeboleć własnej postawy wobec zaistniałych wydarzeń i rozczarowania Polaków. Nie podniósł go na duchu nawet fakt, że "Pan Tadeusz" wydany w 1834r. został okrzyknięty epopeją narodową. Poeta był już zdecydowanie w zbyt fatalnym stanie, by choćby pomyśleć sobie (co przecież było w jego stylu), że Słowacki nie ma tak wielkiego dzieła na swoim koncie. Był już po prostu zbyt załamany.
Świadczy o tym fakt, że "Pan Tadeusz" jest utworem o polskiej kulturze szlacheckiej, w której dodatkowo występuje ksiądz Robak - postać odromantyczniona, a więc pozbawiona cech romantycznych. Mimo iż utwór miał być po prostu ucieczką do szczęśliwego świata szlacheckiego, posiada w sobie wiele elementów, które świadczą o tym, że Mickiewicz przestał wierzyć w idee romantyzmu - jak choćby pokora księdza Robaka, brak typowych motywów romantycznych i realne podejście do życia poprzez ukazanie przełomu dwóch różnych pokoleń.
Niestety, ale kolejne lata życia poety tylko potwierdzają głębię jego fatalnego stanu psychicznego. Wciąż pisał, lecz wydawał coraz mniej utworów. Błędy przeszłości doprowadziły go na sam skraj - do takiego miejsca, w którym nie pozostało mu podsumować życia w inny sposób, jak tylko ten ukazany w wierszu "[Polały się łzy..."]:
Polały się łzy me czyste, rzęsiste
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość górną i durną,
Na mój wiek męski, wiek klęski:
Polały się łzy me czyste, rzęsiste...
Ten wiersz ma tak smutny charakter, że za każdym razem, gdy go czytam, robi mi się autentycznie przykro. Jak okropnie musi czuć się człowiek, który po całym życiu, odchodząc z tego świata, wypowiada takie słowa? Czuć, że jego życie, choć zapowiadało się tak dobrze, skończyło się tak wielką klęską...?
Juliusz Słowacki tymczasem mocno chorował. Od dziecka miał wątłe zdrowie, ale ostatnie lata jego życia musiały być naprawdę trudne, jeżeli już 9 lat przed śmiercią pisał o odejściu z tego świata. Urodził się później od Mickiewicza i wcześniej od niego odszedł z tego świata, mając zaledwie czterdzieści lat - rok więcej niż Fryderyk Chopin, który urodził się rok później, a zmarł sześć miesięcy po Słowackim.
Różnic między poetami jest naprawdę bardzo wiele. Czasem nawet myślę o tym, że byli jak ogień i woda - tak bardzo różni. A jednak mieli wspólne źródło - poezję. Mickiewicz był bardziej wybuchowy, samolubny; nie potrafił przełknąć obecności drugiego tak wielkiego geniuszu. Nie wziął udziału w powstaniu, przeżywał ciężką depresję i choć miał przyjaciół w Paryżu, myślę, że całe życie czuł się samotny. Skończył, podsumowując swoje życie jako jedną wielką klęskę.
Tymczasem Słowacki pragnął być czynnym patriotą, chciał wziąć udział w postaniu i bez wątpienia by to zrobił, gdyby nie interwencja przyjaciół. Był bardzo blisko związany z matką, odrzucany przez ogromną część obozu emigranckiego i choć był wielkim poetą, jego twórczość została najbardziej doceniona dopiero po jego śmierci. Jak większość ludzi w tamtej epoce nie czuł się szczęśliwy, ale czuł się wielki, świadom swojego talentu i stale go rozwijał.
Ostatecznie żaden z nich nie wyciągnął ręki do drugiej osoby. Wówczas nie pisano w duetach, ale czy możecie sobie wyobrazić arcydzieło, które powstałoby pod wspólnym piórem tych dwóch panów? Jak dla mnie jest to absolutnie niewyobrażalne i - niestety - już na zawsze takie pozostanie...
Z pewnością chodziło również o koncepcje filozoficzne dotyczące prawidłowej postawy Polaków wobec zaborcy. Mickiewicz skłaniał się ku mesjanizmowi, a więc pokornemu znoszeniu kary boskiej, zaś Słowacki wierzył w patriotyzm tyrtejski - walkę za ojczyznę z gotowością poświęcenia swojego życia, ale tylko w sytuacji, gdy zachodzi taka konieczność. Podobno chwilowo pojawiła się między nimi również kobieta, jednak nie uznałabym tego za jedno z głównych przyczyn konfliktów - ostatecznie romantycy byli nieszczęśliwi z założenia, a Mickiewicz, choć zdaje się, że do końca kochał Marylę, miał naprawdę wiele kobiet.
Piszę dziś o tym, by wyjaśnić sprawę całego konfliktu, ale również pozostawić pole do refleksji. Chciałabym, byśmy wszyscy wyciągnęli wnioski. Dwóch największych geniuszy w tym samym czasie - naprawdę możemy uznać to za dzieło przypadku? Jako osoba wierząca jestem mocno przekonana, że Bóg nie bez przyczyny zrodził w naszym kraju dwie tak wybitne postacie, dodatkowo zajmujące się literaturą. Myślę, że miało z tego powstać coś niesamowitego, jednak ludzie mają wolną wolę i najwyraźniej zadecydowali, że zamiast kroczyć ku sobie, lepiej rozejść się w zgoła odmiennych kierunkach.
To przykre, że wielkie talenta kończą w taki sposób. Nie chcę oceniać, który z nich był lepszy ani zdradzać, za którym bardziej przepadam (choć podejrzewam, że tekst może być lekko stronniczy), ale nie bójmy spojrzeć się na nich jak na prawdziwych ludzi - zagubionych, przerażonych, błądzących. Sam Słowacki uważał, że tak wielki talent jest zarówno darem, jak i przekleństwem. Oboje mieli w sobie ogromną siłę, skoro dźwigali jego ciężar przez całe życie. Błędy błędami, ale doceńmy pracę, jaką włożyli w to, by dalej budować polską kulturę mimo braku wiary w zwycięstwo i wolność.
Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy popełniamy błędy, ale ich częstotliwość zależy jedynie od poziomu naszej pychy. Chciałabym oddać szacunek obu poetom i ich twórczości, ponieważ to cenny element dziedzictwa kulturowego, który powinniśmy szanować. Nie zapominajmy, kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Pamiętajmy.
Dziękuję, kochani, za uwagę. Życzę Wam miłego dnia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz