Witam serdecznie!
Muszę przyznać, że nie planowałam odnosić się na moim blogu do polityki, ponieważ jest to sfera, w której bardzo trudno o obiektywizm, a łatwo o krytykę. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nie zgodzi się z naszymi poglądami i będzie się starał je wyperswadować , a potem narzucić swoje. Literatura i historia to znacznie bardziej neutralne płaszczyzny, które nie stwarzają tak wielu wrogów. Doszłam jednak do wniosku, że w internecie niemożliwością jest dzisiaj uniknięcie krytyki, a pisanie o ojczyźnie i jej dorobku w sposób połowiczny kłóci się z moim wewnętrznym duchem. Mogę więc zapowiedzieć, że postaram się ujmować moje poglądy prosto i przyjaźnie, unikając radykalizmu i nienawiści. Takie poglądy do niczego nie prowadzą, a ja chciałabym jedynie pozostawić po sobie ślad młodej, zaniepokojonej obywatelki, której zależy na dobrym losie tego kraju. Co nam szkodzi spróbować?
Podobnie jak w wielu innych sferach życia, w polityce również pojawiają się dwa główne stronnictwa, według których szufladkuje się ludzi. W piłce nożnej jest to: Real Madryt czy FC Barcelona? Tutaj pytanie brzmi: PiS czy PO? Prawdę powiedziawszy, nie lubię tego podziału, ponieważ prowadzi on do schematycznego generalizowania, które jeszcze nigdy nie przyniosło niczego dobrego. Zgodnie z zasadą pluralizmu politycznego umieszczonego w Konstytucji RP na scenie politycznej obowiązuje wolność i różnorodność partii politycznych, co stawia sprawę jasno: każda partia przy odpowiednich działaniach i poparciu ma szansę zdobyć wpływ na władzę. Zgodnie z rządowym rejestrem partii politycznych, obecnie mamy ich dokładnie osiemdziesiąt siedem. To sporo, prawda? Patrząc jednak na to, że dziś w sejmie władzę sprawuje zaledwie pięć partii, sytuacja nabiera smutnego obrazu.
Jednak to jeszcze nic w porównaniu z tym, co czuje człowiek, kiedy włączy telewizję.
Jednak to jeszcze nic w porównaniu z tym, co czuje człowiek, kiedy włączy telewizję.
Bez względu na to, co mówią zwolennicy i przeciwnicy, prawda jest jedna: TVP należy do partii rządzącej, a więc Prawa i Sprawiedliwości, a TVN - do opozycji. Polecam każdemu obserwację tych dwóch stacji, ponieważ jedyne, co możemy w tej sytuacji zrobić, to zbierać różne obrazy i kształtować z nich własne poglądy. Nie poznałam jeszcze w miarę obiektywnej stacji telewizyjnej, bowiem chociaż Polsat z początku starał się iść w tym kierunku, ostatecznie również zaczął skłaniać się ku partii Prawa i Sprawiedliwości. Teraz więc jestem świadoma, że włączając telewizor, nie mogę ufać żadnej stacji, którą zdecyduję się oglądać.
Wiecie, co szczególnie rzuca się w oczy podczas oglądania wiadomości? Wzajemne przepychanki. TVN ujawnia aferę Jarosława Kaczyńskiego w sprawie wieżowców w Warszawie, więc niedługo później TVP mówi o komisji ds. wyłudzeń VAT, która będzie przesłuchiwać polityków Platformy Obywatelskiej. Wówczas Grzegorz Schetyna rozpoczął politykę pod nazwą "sprawa nie ma na celu wyjaśnienia tej kwestii, a jedynie oczernienie nas przed wyborami". Marcin Horała, przewodniczący owej komisji, odpowiada, że taka postawa jedynie potwierdza słuszność ich śledztwa. W rezultacie my, odbiorcy, jesteśmy rzucani jak piłka od jednej wiadomości do drugiej, z której żadna nie jest faktem i oczekujemy, że ktoś wyjdzie ostatecznie na mównicę i powie: "Tak, to on jest winny!". A my odetchniemy z ulgą, bo prawda w końcu się ujawniła.
Niestety, to tak nie działa.
Obserwuję również naszych polityków na Tweeterze i przyznam szczerze, że kiedy zajrzałam tam po raz pierwszy, byłam zszokowana. Pięć do sześciu tweetów dziennie? Kto by pamiętał, żeby się tym zajmować? To musi zajmować sporo czasu - dotarcie do oskarżenia na swój temat, zastanowienie się nad ripostą i opublikowanie tego w internecie. W mojej opinii Tweeter przestał służyć politykom jako środek propagandy czy marketingu politycznego, a stał się areną walki słownej między przeciwnikami. Niewiele tam teraz wpisów wpływających na PR polityków; wszystko zamieniło się w jedną wielką bitwę. Byłam zszokowana, kiedy zrozumiałam, że przez tyle godzin dziennie politycy spędzają czas na wzajemnym wytykaniu swoich błędów i udawaniu, że sami mają czyste konto. Skąd ta hipokryzja?
Polityka zawsze była burzliwa i głośna, ponieważ z założenia opiera się na starciu różnych poglądów. Mimo to przez wiele wieków wymagała pewnych subtelności, których brak mógł doprowadzić do wojny domowej czy konfliktu z innym państwem. W starożytnej Grecji politycy byli szanowani ze względu na swoje umiejętności oratorskie i chociaż ich mowy w dużej mierze zahaczały o czysty populizm, miały w sobie takt i klasę, które potrafiły porwać tłumy dorosłych, świadomych mężczyzn. Radykałowie byli zawsze, ale jeżeli zaczniemy rozwodzić się nad wyjątkami to nigdy nie dojdziemy do meritum, także wybaczcie, ale pójdziemy dalej :)
W średniowiecznej Europie było podobnie, z tym że wzrost władzy wiązał się ze wzrostem ostrożności w kwestii podejmowanych działań. Jeden błąd potrafił podburzyć lud przeciwko władcy, a nawet wywołać wojnę. Nikt nie szastał słowami na prawo i lewo, nie obrażał innych tylko dlatego, że miał gorszy dzień czy zajmował się wychwalaniem samego siebie kosztem kogoś innego. Ówczesna pozycja polityczna opierała się na zdolnościach mediatorskich i negocjatorskich; im więcej król miał sojuszników wśród innych władców tym lepszy wydawał się w ich świetle dla prostego ludu. Tak więc subtelność, inteligencja i ostrożność były tutaj kluczem do efektywnych działań politycznych.
Sytuacja zmieniła się w XIX wieku, kiedy do dziedziny filozofii wkroczyły poglądy Fryderyka Nietzschego, który w prosty sposób podzielił ludzi na rasę panów i niewolników. Twierdził on, że światem powinni rządzić silni, bezwzględni mężczyźni, niezniszczeni przez nauki Sokratesa, chrześcijaństwo czy demokrację. Po raz pierwszy pojawiła się taka fala nienawiści, która dotarła do większej części Europy. Oczywiście potrzebowała czasu, by się osadzić, ponieważ były to niespotykane dotąd poglądy, jednak z czasem wpłynęły na ludzką świadomość. I chociaż uwolniono Nietzschego od miana "prekursora nazizmu", sama ideologiczna nienawiść urzeczywistniła się w postaci Adolfa Hitlera, który w połączeniu ze swoją awersją wobec narodu żydowskiego stworzył iście wybuchową mieszankę. Wszyscy wiemy, jakie były skutki jej eksplozji - z niektórymi mierzymy się do dziś.
Nie porównuję żadnego polityka do Adolfa Hitlera. Wolę to zaznaczyć, żeby nie było żadnych wątpliwości. Nadmieniam jedynie, że sama idea nienawiści wobec innych, powstała w dziedzinie filozofii nieodmiennie połączonej z polityką, wkrótce wpłynęła na jej rozwój. W rezultacie zaznaliśmy polityki nienawiści w XX wieku na ogromną skalę, a to działanie, choć zwalczone, zapisało się na kartach naszej historii. I ostatecznie dało pozwolenie do otwarcie wrogiej walki dzisiejszym politykom. Gdyby przełom XIX i XX wieku nie otworzył jej drzwi i nie zaprosił jej tak gorliwie, być może nie mielibyśmy dziś do czynienia z takim brakiem taktu i szacunku wśród nas.
Na proces otwartej mowy nienawiści złożyło się oczywiście więcej czynników: internet, rosnąca anonimowość, odwaga w wyrażaniu poglądów, ruchy społeczne. Wciąż jednak dziwi mnie to, że polityk może tak otwarcie powiedzieć do kamery, że pan X kłamie i nie należy w ogóle brać go na poważnie. Że wypunktuje wszystkie jego błędy i kłamstwa od A do Z, mimo że sam na koncie ma prawdopodobnie połowę z nich. Szerząca się hipokryzja zatruwa już nie tyko środowisko polityczne, ale i nas, obywateli - a to może prowadzić jedynie do zniszczenia.
Nie mam ulubionej partii, nie popieram żadnego polityka. Ale obserwuję, co się dzieje i tak jak poprzednia władza popełniała błędy, tak i dzisiejsza robi to samo. Nie mogę uwierzyć, że członkowie partii rządzącej potrafią obarczyć winą Bogu ducha winnych ludzi za decyzję, którą sami podjęli. Minister edukacji, Dariusz Piontkowski, w ostatnim czasie otwarcie zrzucił winę za brak miejsca w szkołach dla podwójnego rocznika jest głównie winą samorządów terytorialnych, które prowadząc nieudolną politykę doprowadziły do takiego problemu. Reforma oświaty, która zakładała tak ogromną zmianę, powinna być rozłożona według kilkuletniego planu zapewniającego środki ochronne dla wszystkich (lub chociaż większości) sytuacji kryzysowych, nie zaś upchnięta w okresie dwóch lat, aby tylko zmieściła się w okresie jednej kadencji. Samorząd terytorialny nie jest od ratowania władzy centralnej, kiedy ta sobie nie radzi, a jedynie wykonywania jej zaleceń na swoim obszarze. Może zrobić wszystko, by zmniejszyć szkody, jakie wywołała reforma, ale nie naprawi planu, który już w założeniu miał masę błędów. Nie popieram takiego zrzucania winny na innych - od polityków (a w zasadzie każdego człowieka) wymagam prostej, ale dojrzałej odpowiedzialności.
Działania opozycji również są tutaj ciekawym zjawiskiem. Z jednej strony widzimy, jak podejmuje działania mające na celu zahamowanie samozwańczej władzy PiS-u, a z drugiej możemy z łatwością dostrzec, że pracują jedynie w takim zakresie, który nie narusza ich własnej strefy komfortu i poparcia opinii publicznej. Z pewnością nie jest ona tak bezradna, na jaką wygląda w kwestii podejmowanych działań - procesów sądowych, zgłaszania skarg, protestów etc. Każdy myśli głównie o własnej misce jedzenia i niestety skutek jest taki, że już niedługo to my - obywatele - nie będziemy mieli co jeść.
Socjalizm również jest punktem spornym, choć ja osobiście wychodzę z założenia, że daje się człowiekowi wędkę, nie rybę. Przykro mi to mówić, ale przecież nie ja jedna wiem, że program 500+ ma być zaledwie chwytem wyborczym, niczym więcej. No, może jeszcze kolejnym krokiem w kierunku upadku gospodarczego. Znam opinie ludzi, którzy twierdzą, że ten dodatkowy dochód pomaga im w życiu codziennym i bardzo się z niego cieszą. Bądźmy szczerzy: gdyby polityk zapukał do naszych drzwi i zaoferowałby nam 500 zł, odmówilibyśmy? Naprawdę rozumiem ludzi, którzy widzą w tym datku ratunek. Ale to tak, jakby zrobili krok, by po nie sięgnąć, nie widząc pod sobą ogromnej przepaści. A do tego to prowadzi.
Wspominam tę kwestię nie po to, aby oczernić władzę rządzącą, bo poglądów ludzkich nie zmienię jednym dłuższym artykułem, ale by wpłynąć na świadomość ludzką, która obecnie jest bardzo niska. Krótkowzroczność zawsze prowadzi do klęski. Co nam po dodatkowych pięciuset złotych, skoro ceny w sklepach rosną tak bardzo, że cały ten dochód pójdzie na taką samą ilość żywności jak przed programem 500+? Pietruszka za 20 złotych (kiedyś za 5 zł) , fasolka za 16 (niegdyś za 6 zł). Paliwo potrafi podskoczyć do ceny 5,50 zł za litr. Nikt nie dostaje większych pieniędzy, ponieważ w rzeczywistości wydajemy więcej na proste potrzeby. A obniżenie wieku emerytalnego, zwolnienie z płacenia podatku PIT do 26. roku życia? To nic nie kosztuje? Skąd państwo ma takie pieniądze?
Otóż nie ma. Jak powiedziała sama Margaret Tatcher: "Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że komuś coś da, to znaczy, że zabierze tobie, bo rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy".
Nie wnoszę o bunt przeciwko władzy PiS i głosowanie na Koalicję Europejską (czy na konkretne partie, z których się składa - w zależności od tego, w jakiej formie wystartują w wyborach), ale o chwilę głębszej refleksji. Powinniśmy na bieżąco rozliczać każdą partię, która w danym momencie stoi u władzy i wyciągać dalekowzroczne wnioski, inaczej upadniemy jeszcze szybciej niż w XVIII wieku. Jedyne, o czym musimy pamiętać to fakt, że żaden człowiek nie ma idealnie czystego konta (nawet my, zwykli obywatele), więc nie traktujmy jednych jak bohaterów, a innych jak zdrajców. Nie angażujmy się tak emocjonalnie w podziały polityczne, bo to prowadzi jedynie do konfliktów. Nie ma partii idealnej ani podobnie idealnego polityka - możemy tylko szukać takich, którzy rzeczywiście myślą o Polsce, a nie o gwarancji mandatu na najbliższych wyborach.
Zachęcam jedynie do głębszej refleksji, szczególnie nas, młode pokolenie (choć oczywiście nie tylko). Taka próba obiektywizmu z pewnością wyjdzie nam wszystkim na dobre.
Dziękuję za poświęcony mi czas. Życzę Wam, drodzy, miłego dnia! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz