piątek, 12 października 2018

Nie oceniaj "Kleru" po tytule

Witam serdecznie!

Tytuł mówi już wszystko. Uzupełnię więc tylko, że niniejszy post ma na celu wyrażenie mojej opinii oraz głębsze odniesienie się do tematów, które porusza. Nie jestem recenzentem, nie potrafię pisać tak jak oni, więc potraktujcie to jako luźne przemyślenia na temat obejrzanego filmu, nawet jeśli jest on jednym z bardziej kontrowersyjnych ostatnich lat.


Reżyseria: Wojciech Smarzowski
Produkcja: Polska
Premiera: 28 września 2018
Gatunek: Obyczajowy


*Uwaga: post zawiera spojlery dotyczące filmu, dlatego jeśli zamierzacie ten film obejrzeć, a jeszcze tego nie zrobiliście, lepiej odłożyć tę lekturę na później. Ale mogę wtrącić tylko krótko: film jest bezwzględnie wart obejrzenia.*


Wokół filmu zdążyła już rozrosnąć się pewna otoczka, która przypięła mu łatkę na stałe i wbiła ludziom do głowy gotową opinię na jego temat. Obozy są dwa: ci, którzy twierdzą, że "Nareszcie prawda została ujawniona, ludzie się buntują, muszę to zobaczyć!" oraz "To przecież zamach na instytucję świętego Kościoła! Taki film jest tylko brakiem szacunku wobec katolicyzmu, a zobaczenie go to grzech przeciwko Bogu". Oraz, jak zawsze, powstał trzeci obóz pt. "Poczekamy, zobaczymy, a dopiero potem wyrobimy sobie opinię". Osobiście należę do tego ostatniego i szczerze zachęcam do podobnego podejścia - chociażby dla uniknięcia nerwowych spięć z innymi czy niepotrzebnego zamartwiania się.

Więc poszłam, zobaczyłam, przemyślałam, zrozumiałam. I w zasadzie dalej ten film siedzi mi w głowie, wciąż nie mogę go przetrawić, ponieważ okazał się znacznie trudniejszy do zrozumienia, głębszy w znaczeniu i okrutniejszy w swoim przesłaniu. Spróbuję uporządkować swoje myśli jakoś po kolei, ale to nie takie proste, kiedy wszystkie gnają w mojej głowie jak szalone.

Powrócę do tej przypiętej łatki, o której mówiłam. Kilkukrotnie, gdy zadałam w szkole pytanie o "Kler", usłyszałam odpowiedź: "Chcesz na to iść? Ale to jest uderzenie prosto w wiarę i Kościół! Przecież chodzisz na religię, wiesz, co to znaczy". No właśnie: ale co? Co to tak właściwie oznacza? Nie stając w obronie samego filmu, czy wiara w Boga jest równa temu, że pójście na ten film to jeden wielki grzech? Że zobaczenie, co połowa społeczeństwa myśli o takiej wielkiej instytucji jaką jest Kościół, jest czymś niewyobrażalnym? Grzecznie pomijając kwestię przejmowania przez ludzi opinii innych osób, gdy nie ma się własnej, to tak naprawdę gdzie tutaj widać grzech? Przyznaję, że nie jestem katoliczką, ale mam wrażenie, że ludzie podchodzą do sprawy od zupełnie innej strony. Ja uważam, że obejrzenie tego filmu, nawet ze świadomością jego kontrowersyjnej tematyki nie jest niczym złym, o ile podchodzi się do tej kwestii możliwie bezstronnie i samemu wyciąga wnioski po obejrzeniu seansu.

Stwierdzenie, że film opowiada o wadach instytucji Kościoła to obraza filmu, a jednocześnie niedopowiedzenie roku. "Kler" porusza tak wiele problemów - jednostek, społecznych czy też wewnątrzelitarnych - że to aż zadziwiające, iż tyle rzeczy można umieścić na ekranie w przeciągu dwóch godzin. Tak prostą opinię mogą wygłosić tylko ludzie, którzy nie obejrzeli tego filmu - może nie chcą, boją się lub nie mogą. Nie wiem, nie oceniam, ale sama postawa wobec filmu mówi wiele o człowieku - znacznie więcej niż decyzja dotycząca pójścia na film.

Trzech księży. Każdy z nich ma swoje wady, poglądy i cele na przyszłość. Jest pracownik kurii, marzący o Watykanie, kapłan niewielkiej wsi i szczery w swojej wierze ksiądz, który prowadzi także lekcje w szkole. To, w jaki sposób potoczyły się ich losy, jest dla mnie nader zadziwiające... 

Pijaństwo. Tak, ten motyw został zaznaczony już na samym początku i dosyć wyraźnie przewija się przez całą produkcję. Szczególnie mocno dotyczy on księdza prowadzącego msze na skromnej wsi, gdzie mieszka wraz ze swoją konkubiną. Zgubił się w życiu, pił okrutnie, przestał także okazywać miłość swojej ukochanej. Trybus - bo tak się nazywa - musi dojść na skraj samej przepaści swojego życia, by zrozumieć, że do tego, co najpiękniejsze w jego życiu, właśnie stoi plecami. Potrącił kogoś na drodze, gdy wracał do domu po pijaku, przestał myśleć o kochance i kazał jej usunąć dziecko, absolutnie nie myśląc o konsekwencjach. 

To smutna postać, także dlatego, że same rysy twarzy Roberta Więckiewicza są tak miękkie, a zarazem wyraźnie ściągnięte w dół, że widzimy w nim po prostu zagubionego człowieka. Dzięki Bogu odnajduje się w życiu i zaczyna rozumieć, czego tak naprawdę pragnie. To, co ujęło mnie za serce ogromnie - i z pewnością nie tylko mnie - to moment, gdy przyszedł na komisariat i uczciwie, choć z sercem w gardle przyznał, że zabił człowieka po pijaku. Płakałam wtedy okrutnie, ponieważ można mówić różne rzeczy - że każdy uczciwy człowiek powinien tak postąpić, że to uczciwe i prawidłowe zachowanie. Tylko że wszyscy zapominają, jakie to niezwykle trudne. Ksiądz w nocy po pijaku zabił niewinnego człowieka - jakim cudem przeszło mu to przez gardło? Ile siły trzeba w sobie mieć, by przyznać się do czegoś takiego?

I tutaj chciałabym zaznaczyć, że film nie jest ciosem zadanym prosto w wiarę katolicką. Nic bardziej mylnego. Dlaczego? Ponieważ pokazane zostało tam prawdziwe, piękne, wręcz cudowne boskie miłosierdzie, gdy siedzący w areszcie Trybus usłyszał od policjanta, że jest wolny, bo badania DNA wykazały, że potrącił zwierzę, nie człowieka.

Piękno tej sceny jest nie do opisania.

Pozostając jeszcze przy księdzu Trybusie, warto zahaczyć o jego związek z Hanką, który trzymany jest w ukryciu przed światem. Opinie są strefą wolną od krytyki - przynajmniej taką mam nadzieję, więc wspomnę o jednej myśli, która zobrazowała się pod postacią tego wątku. Osobiście nigdy nie byłam zwolenniczką celibatu. Rozumiem ideę, według której człowiek, izolując się od relacji z innymi, może poświęcić całego siebie Bogu i tylko Bogu. To niezwykle trudne, ale i możliwe. I być może takie nastawienie jest pewnym etapem życia kapłańskiego, ale nie zgadzam się, by był to jego warunek. Nie każdy jest taki sam, dlaczego więc wszyscy muszą przechodzić tę samą drogę? Związki partnerskie oparte na miłości i dobroci nie są niczym złym. Uważam nawet, że na pewnym etapie życia są nam bardzo potrzebne. 

"Jak można kochać Boga, który jest niewidzialny, nie kochając człowieka, który jest obok nas?" - powiedział kiedyś św. Jan Paweł II. To takie proste, niby takie logiczne, a w rzeczywistości tak trudne do zrozumienia. I prawda jest taka, że to właśnie miłość do Hanki pomogła mu przezwyciężyć swoje demony - a nie bycie księdzem (od czego i tak na koniec odszedł), inni bracia ani samotne życie. To właśnie miłość mu pomogła. Dlaczego więc uważamy to za coś złego? Wierzę, że Bóg jest szczęśliwszy z powodu nawróconego, dobrego Tadeusza Trybusa, który zrzekł się tytułu kapłana, aniżeli błądzącego księdza-alkoholika. Ale to oczywiście tylko moja opinia.

Inna postać, ks. Leszek Lisowski to osobowość zgoła odmienna. Kolejny dowód wysokiego poziomu tego filmu - rozbudowany profil psychologiczny każdej postaci. To właśnie Lisowski z samego początku zapowiadał się jako ten najlepiej rokujący, łaknący poznania prawdy ksiądz. Zainstalował ukrytą kamerę w gabinecie arcybiskupa i zbierał potężne materiały mogące poważnie podważyć autorytet Kościoła. Po scenie flashbacku z sierocińca (która była tak mocna, że nie mogę jej przetrawić do dziś) szczerze zaczęłam mu współczuć i kibicować zarazem.

Lecz nawet jeśli miał jakieś dobre intencje, od momentu załamania z powodu trudnych wspomnień skręcił na złą ścieżkę i już z niej nie zbaczał. Skrzywdził dwóch chłopców i był gotowy wcisnąć łapówkę każdemu, kto się o tym dowiedział. Byłam nim szczerze rozczarowania, ponieważ choć odesłany przez arcybiskupa, trafił do Watykanu, czyli dokładnie tam, gdzie planował od samego początku. Teoretycznie więc, mimo tego, że był złą postacią, skończył z wielka korzyścią dla siebie. W praktyce wiemy, że życie nie kończy się na ostatniej scenie filmu i wierzę, że przed takimi życie (a więc i Bóg) stawia jeszcze wiele wyzwań.

Trzeci ksiądz, Andrzej Kukuła, to z nich wszystkich najbardziej prawy i uczciwy człowiek. Też błądzi i szuka, ale nie krzywdzi innych i próbuje się odnaleźć w trudnym świecie. Jako jedyny podejmuje się odszukania prawdy na temat środowiska, w którym żyje - i dochodzi do tak przerażających wniosków, że te zaczynają pchać go w stronę przepaści. 

Szczególnie w głowie utknęła mi scena, w której tłum ludzi na odprawianym pogrzebie zaczął wyzywać księdza Kukułę od "pedofili" (choć pojawiały się także inne inwektywy), a potem centralnie rzucił się na niego niczym banda zbirów. Byłam wstrząśnięta. Tacy ludzie? I ich nazywa się katolikami? Żaden z nich nie miał dowodów, żadnemu z nich Kukuła nie wyrządził osobistej krzywdy - ot, usłyszeli plotki i to im wystarczyło. Przecież gdyby go znaleźli, pewnie zbiliby go tak mocno, że ucierpiałoby jego zdrowie! Skąd tyle nienawiści w ludziach? Rozumiem sytuację, w której rodzic staje w obronie skrzywdzonego dziecka, ale rzucać się na niewinnego księdza...? Wprost brakuje mi słów.

To właśnie jeden z przykładów na tezę, którą wspomniałam na początku - "Kler" porusza wiele problemów społecznych. Film pokazał ciemną stronę nie tylko Kościoła, ale i prostych ludzi, którzy wyłączają empatię niczym przycisk na pilocie... To przerażające, jak łatwo sterować dużą grupą ludzi. Zero szacunku dla zmarłej osoby, dla rodziny, która chowa właśnie kogoś bliskiego oraz godności człowieka, która pozwala mu się bronić dopóty, dopóki jego wina nie zostanie udowodniona. Ale to nie pierwszy raz, gdy świat pokazuje nam, że człowieczeństwo topi się w ludziach niczym biegunowe lodowce.

Jakby film sam w sobie nie był dość mocny, dobitna okazuje się jedna z ostatnich, która - jestem tego pewna - wstrząsnęła każdym, kto tylko ją widział. Ja osobiście nie jestem w stanie pojąć tego ani sercem, ani rozumem, do jakiego stanu jeden człowiek może doprowadzić drugiego, by ten podjął tak przerażającą decyzję. Kukuła wybrał najbardziej wstrząsającą formę odebrania sobie życia. Skrótowo można by rzec, że jego szczerość doprowadziła go do śmierci - ale to zbyt duże niedopowiedzenie, uwłaczające jego słowom i czynom. Uważam jednak, że samobójstwo nie było tu w żadnym wypadku formą tchórzostwa. Owszem, ksiądz Kukuła był już bezsilny wobec ataków kleru na jego osobę, ale miał w sobie wręcz nieludzką siłę i odwagę, by ostatnim aktem nie tylko dobitnie zaprotestować działaniom Kościoła (gdzie miał swoje ostatnie słowo), ale także pokazać innym ludziom, do czego polityka Kościoła może doprowadzić prostego człowieka.

Ta scena bez poprzedzającego ją wprowadzenia nie miałaby takiej mocy, lecz przy tym jej wydźwięk jest silniejszy niż wszystkie pozostałe razem wzięte. To mocny film, który powinien obejrzeć każdy - nie po to, by szerzyć praktykę, jakoby instytucja Kościoła była zła do cna, ale dlatego, by nie pozwolić się prowadzić niczym ślepe owieczki. Nie chciałabym teraz poruszać kwestii moich pytań dotyczących praktyk Kościoła, bo to materiał na oddzielny wpis. Wolałabym raczej zachęcić Was do zastanowienia się, jakie stanowisko obieracie wobec zaistniałego konfliktu i jak się z tym czujecie. To, że Kościół zbaczał z obranej w starożytności ścieżki wiadomo już od dawna. Herezje, palenie na stosie, inkwizycja, walka z niewiernymi - to wszystko było i dziś wciąż istnieje, przybrało jedynie inną formę. Pozostała tylko karmiona, brutalna, zła energia.

I ostatnia rzecz: film nie jest wymierzony w wiarę, tylko kler, elitę, która rządzi całą instytucją. To ważne, żeby to zrozumieć. A fakt, że reżyser jest ateistą, niczego tutaj nie zmienia. Wojciech Smarzowski, zapytany na konferencji, czy może jako niewierzący nakręcać takie produkcje, odpowiedział pytaniem: "Czy to znaczy, że tylko astronauci mogą robić filmy o kosmosie?"

Serdecznie zachęcam do obejrzenia "Kleru" i przemyślenia pewnych kwestii. To smutne, że wierzący są zaślepieni i to ludzie z zewnątrz muszą pokazywać palcem, co się tak naprawdę dzieje wokół nich. Otwórzmy umysły i zacznijmy myśleć - kto wie, być może taka droga prędzej zaprowadzi nas do Boga niż podporządkowywanie się ludziom, którzy zboczyli z dobrej ścieżki i nawet się za nią nie obejrzeli.

Dziękuję za Waszą uwagę. Życzę owocnych refleksji!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz