Witam serdecznie!
Z racji tego, że ostatnio w szkole mam dosłownie natłok XIX-wiecznych lektur, chciałabym napisać tutaj kilka postów na ten temat, ponieważ romantyzm wydał wiele naprawdę pięknych utworów, o których warto wspomnieć. Dziś nie będzie to utwór pochodzący z tej epoki, a bardziej z oświecenia, jednak ze względu na cechy preromantyczne głównego bohatera zdecydowałam się o nim wspomnieć. Myślę, że warto.
Więc dzisiaj kilka słów o sławnym Werterze.
Przyznam się, że sama nie do końca zrozumiałam tę historię. Nie trzeba czytać książki, by wiedzieć, że główny bohater na samym końcu postanawia odebrać sobie życie. Ktoś gdzieś rzucił, że Werter zabił się z miłości, więc oczywiście większość osób (w tym ja) nie drążyła tematu, tylko wzięła to za pewnik. Przyznaję, że nie był to dla mnie zbyt dobry okres w życiu i może gdybym czytała to pół roku później, zrozumiałabym znacznie więcej. Tak się jednak nie stało, na szczęście w pojęciu wagi utworu pomogła mi szkoła.
Swoją drogą, to zastanawia mnie, dlaczego wciąż nie potrafię widzieć w utworach tego, co widzą prawdziwi humaniści. Czytałam już tyle książek, miałam z nich tyle sprawdzianów, interpretowałam tyle wierszy - a wciąż nie potrafię zrobić tego dobrze. Przecież szkoła nie będzie ze mną do końca życia... Jeśli teraz nie nauczę się poprawnie interpretować, to kiedy przyjdzie na to pora?
Ale nie mówmy o moich zmartwieniach, przejdźmy lepiej do utworu. Jest znacznie ciekawszy.
Werter nie zabił się z miłości. Zaznaczam to od razu, żeby później nie okazało się, że przeczę sama sobie. Po dokładnej analizie tego utworu pojęłam, jak bardzo taka opinia ujmuje głębi temu utworowi. A mówiąc precyzyjniej, powieści epistolarnej - a więc pisanej w formie listów. Werter pisze do swojego przyjaciela Wilhelma, opowiadając mu o jego ówczesnym życiu. Mamy więc do czynienia z subiektywnym spojrzeniem na świat i możliwością poznania bohatera od środka.
Podobno Werter posiada w sobie cechy bohatera romantycznego, który został zamknięty w świecie typowo oświeceniowym. I szczerze, gdy czytałam niektóre fragmenty, doskonale wiedziałam, co czuje. W dzisiejszym świecie uczucie wyobcowania i braku przynależności wcale nie jest nam takie dalekie, jak by się mogło wydawać. Owszem, Werter miał dosyć infantylny sposób patrzenia na świat, nie znajdowało to jednak usprawiedliwienia u innych ludzi. W zasadzie można by rzec, że schemat ten nie zmienił się przez wieki: nie pasujesz tutaj? - nie widzimy powodu, żeby cię akceptować. Ale temat tolerancji to temat bez dna, o którym można spekulować naprawdę wiele. Niemniej jednak ważne jest to, że pojawia się w tej książce i niesie ze sobą ważny przekaz.
Werter nie był rozumiany przez innych i chyba to właśnie sprawia, że ja z kolei rozumiem go doskonale. Przypomina mi człowieka, który został umieszczony w zupełnie nie tych czasach, do których pasuje. Brakowało mu pewnego rodzaju wolności, równości społeczeństwa i otwartości innych ludzi. Jako prosty mieszczanin nie miał kłopotów z tym, by porozmawiać z każdym - ze szlachcicem, chłopem czy służącym. Rozumiał, że taki porządek rzeczy istnieje, ale nie musiał go akceptować i kiedy tylko mógł, przekraczał te bariery. Był dość ekscentryczny i zamknięty w sobie - w mojej opinii właśnie dlatego, że wówczas wszystko było takie sztywne, eleganckie, nadmuchane. Nie było w tych relacjach żadnej szczerości, ciepła czy wyrozumiałości. Nie pasujesz tu? - Dziękujemy, do widzenia. Obrazem takiego zachowania jest bal u Hrabiego von C, kiedy to został wyproszony na życzenie reszty gości. Ta scena wprost nie mieściła mi się w głowie...
Kolejna rzecz: miłość do Loty. Kiedy ją poznał, była zaręczona z Albertem. Ale jak nam wytłumaczyła polonistka, w tamtych czasach narzeczeństwo jeszcze nie uzależniało od siebie dwojga osób. Ślub - jak najbardziej, ale okres zaręczyn miał być czymś w rodzaju rytuału szczęścia - aby zobaczyć, czy przyszłym małżonkom żyje się dobrze, czy się rozumieją i dobrze czują ze sobą. Jeśli rzeczywiście tak było, Werter miał otwartą ścieżkę do tego, by wyznać Locie swoje uczucia, kiedy tylko zobaczył, że jej także na nim zależy. Kto wie, może ta wbrew pozorom silna i twarda kobieta odważyłaby się na taki krok...?
Lecz jeśli taka ścieżka rzeczywiście istniała, Werter prawdopodobnie nawet jej nie zauważył. Był absolutnie pogrążony w swoich uczuciach. I ja naprawdę go rozumiem. Może nie popieram, ale rozumiem. Werter to człowiek zamknięty w swoim świecie. Nie jest dzieckiem, zdążył już zmierzyć się ze światem i uświadomić sobie, że do niego nie pasuje. Męczą go wszechobecne reguły i zwyczaje, nie rozumie go duża część osób, które spotyka, a podział społeczny, choć istniejący, za mocno podzielił ludzi przez te wszystkie wieki. Więc nawet jeśli spotkał kobietę, dla której - z naszego punktu widzenia - warto byłoby wyjść ze swojego kokonu i spróbować nowego życia - on myśli inaczej. Jeśli tyle rzeczy na świecie go zawiodło - dlaczego nagle ta jedna kobieta ma go zmienić? Kocha ją, sakralizuje - ale paradoksalnie to wciąż za mało. Teoretycznie zrobiłby dla niej wszystko. W praktyce przez myśl mu nie przeszło zrobienie czegoś, na co ona prawdopodobnie czekała. Ponieważ Werter nawet nie zakładał takiej opcji, by się jej oświadczyć i wyjść do tego świata, od którego tyle lat się izolował. Ta myśl nigdy nie zrodziła się w jego głowie, więc jak mógłby się nią pokierować? A tym bardziej jak mógłby ją odrzucić na rzecz samego siebie?
Jest jeszcze jedna sprawa, o której nie wszyscy chcą mówić, ponieważ czasem jest uważana za temat tabu. Ale duża część społeczeństwa nie jest nawet tego świadoma. Ja już niestety tak, ponieważ sama stosowałam taką technikę - ale uwierzcie, nie jest ona dobra. Jest wręcz autodestrukcyjna. A jej najlepsze wyjaśnienie stanowi cytat z samego "Doktora House'a":
"Cierpienie nie czyni cię lepszym od innych, tylko bardziej nieszczęśliwym".
Ale tego ludzie nie chcą sobie uświadomić.
To naprawdę ciekawy mechanizm, który warto poruszyć. Są ludzie, których dotyka cierpienie, ale zaciskają zęby i dają sobie z nim radę, a później wychodzą z tego silniejsi. Lecz są też tacy, którzy mu ulegają - stają się strachliwi, słabi, zgorzkniali lub sarkastyczni. I sęk w tym, że ta część osób po pewnym czasie zaczyna myśleć, że dzięki temu cierpieniu ludzie traktują ich inaczej. I wierzcie mi, po wielu latach oddychania bólem, człowiek nie zna już innego powietrza. Nawet nie chce się zmieniać. Ponieważ wtedy w ich głowach powstaje takie wyobrażenie: ci wszyscy szczęśliwi ludzie są słabi. Ale ja? Ja jestem silny, bo znoszę cierpienie każdego dnia.
A to jest właśnie wizytówką słabości człowieka.
Ponieważ każdego dotyka ból i cierpienie - w mniejszym bądź większym stopniu. Ale ci, którzy dzisiaj są naprawdę szczęśliwi to ci, którzy wczoraj pokonali smutek. Tego osoby zgorzkniałe nie mogą pojąć i dlatego wydaje im się, że są lepsi od innych - bo oni dźwigają coś, czego inni nie byliby w stanie. Ale to tylko iluzja, budująca nasze ego i zakleszczająca nas coraz bardziej w tym ciemnym, bolesnym i smutnym świecie.
Nie zarzucam tego Werterowi, ponieważ to dość poważne oskarżenie. Prawdopodobnie w wielu chwilach czuł się lepszy od innych, ale czy popełniałby samobójstwo, gdyby myślał, że jego ból świadczy o jego sile? Może te dwie idee są ze sobą sprzeczne. Ale jeżeli uważał, że popełnienie samobójstwa to akt wielkiej odwagi, to być może - mimo kłótni z Albertem - chciał udowodnić sobie bądź światu, jak silny jest w rzeczywistości. Ale tego niestety już się nie dowiemy.
"Cierpienia młodego Wertera" są bardzo ciekawą lekturą, która poza stereotypowym tematem samobójstwa porusza również kwestię wewnętrznych problemów człowieka. Wyizolowanie, obawa przed wyjściem do świata, niezrozumienie ze strony innych czy też swego rodzaju poczucie wyższości to zjawiska, które nie są nam obce. Może gdyby społeczeństwo było bardziej otwarte na odmienne osobowości, Werter skończyłby inaczej? Może gdyby Lota śmiała okazać mu więcej uczucia, odważyłby się na oświadczyny? Te pytania już zawsze pozostaną bez odpowiedzi, ale przynajmniej mogą zachęcić nas do pewnych przemyśleń, które być może zmienią nasz sposób patrzenia na innych. Wszyscy ludzie są jak kolory - jest nas naprawdę wiele, tak wiele, że trudno to sobie wyobrazić, ale to nie sprawia, że jedna barwa jest ważniejsza od drugiej. Ktoś lubi kolor zielony, ktoś niebieski - ale nie odpycha innych tylko ze względu na jego upodobania. Jesteśmy dziećmi tego samego Boga, zacznijmy się wreszcie kochać 😊
Dziękuję Wam za uwagę i życzę dobrego, spokojnego dnia. Nie bójmy się kochać ludzi!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz